W mojej świadomości reżyser Andrzej Kondratiuk zaistniał, po filmie Wniebowzięci (1973). Była to komedia (w głównych rolach Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz), ale z dużą dozą refleksji. Wbrew śmiesznym przygodom i sytuacjom, w jakich znajdują się bohaterowie, autor cały czas wskazuje ich nieporadność i nieprzystawalność do miejsc, w jakich się pojawiają. Wydawało im się, że podróż samolotem, której wcześniej nie mieli okazji spróbować, uczyni ich szczęśliwymi, ale tak się nie dzieje. Spełniają marzenie i wracają do swojego świata, gdzie czują się najlepiej.
W moim życiu był to czas wielkich zmian. Wkraczałam w dorosłość. Zdałam maturę, podjęłam studia na Reżyserii Dźwięku. Dokonywałam wyborów, krystalizowały się moje zainteresowania. Już w klasie maturalnej film zajmował mnie bardziej niż kolegów. Chodziłam do kin studyjnych, oglądałam filmy starsze, lub nie dopuszczane do szerokiej dystrybucji. Bywałam na projekcjach w audytorium Szymanowskiego w PWSM.
Nadrabianie filmowych zaległości
Nadrabiałam niezawinione braki, kiedy jako nieletniej mnie do kina na wiele ważnych filmów nie wpuszczano. Zresztą może byłam na tyle młoda, że mnie nie interesowały. Co innego westerny, romanse, czy kreskówki Disney’a. Ale, w okolicach matury, już spędzałam czas w bibliotekach, wchłaniając filmową wiedzę. Czytałam książki, ale i roczniki czasopism, co bardzo przydało mi się na egzaminach wstępnych na uczelnię. Studia jeszcze te zainteresowania pogłębiły, szczególnie, że w czytelni odkryłam całe półki książek, których jeszcze nie znałam.
Poznając tajniki dźwięku, mogłam na oglądane filmy patrzeć inaczej. Program naszej edukacji filmowej był wtedy bardzo szeroki, a szkolne kino wyświetlało każdego tygodnia przynajmniej kilka filmów. Była to konieczność, bo dostęp do kopii filmowych i miejsc ich wyświetlania, był ograniczony, a więc jeżeli, np. z racji wieku (dozwolone od lat…) jakiegoś filmu nie udało się zobaczyć, to później szansą była tylko TVP, która miała dwa programy (zawartość, była dla mas, a nie koneserów) i kina studyjne. Wiele filmów znaliśmy tylko z opisów. Nie znaliśmy, tak powszechnie, jak obecnie nazwisk twórców, nie wiedzieliśmy jak wyglądają.
Nasze kino oferowało dwa cykle projekcji do wykładów z historii kina (akurat wtedy komuniści obrazili się na Chaplina, a więc jego twórczość zobaczyłam w okresie znacznie późniejszym). Raz w miesiącu, pokazywany był nowy film, który nie miał szansy na polską dystrybucję, lub dystrybucję ograniczoną. Tak zobaczyłam Znikający punkt/Wanishing Point (reż. Richard C. Sarafian, 1971), Niebieskiego żołnierza/Soldier Blue (reż. Ralph Nelson, 1970), Jutro/Tommorow z muzyką Tadeusza Bairda (reż. Bohdan Hussakowski, 1974) czy Zapis zbrodni (reż. Grzegorz Królikiewicz, 1974). Całość uzupełniał nasz coroczny udział w Konfrontacjach i projekcje do wykładów z estetyki i analizy dźwięku w filmie.
Właśnie w ramach jednego z tych przedmiotów zobaczyłam Skorpiona, Pannę i Łucznika.
Mogło się wydawać, że Andrzejów Kondratiuków jest dwóch, tak bardzo film różnił się od Wniebowziętych. Ale też nikt z nas nie miał szans na obejrzenie wcześniejszych filmów reżysera, a to by wiele wyjaśniało. Jak się okazało ten film miał mieć też swoją wspaniałą kontynuację, w jego dalszej twórczości, ale to akurat miałam możliwość śledzić na bieżąco. Zrobił na nas ogromne wrażenie. Po kilku latach studiów byliśmy nie tylko wyrobionymi widzami, ale też widzieliśmy wiele dzieł polskiej i światowej kinematografii, a więc nie łatwo było nas oszołomić (Antonioni, Fellini, Bergman, Visconti). A jednak…
Niespotykana i nowatorska narracja. Fabuła istniejąca, ale prawie nieważna. Nieliczne, także nie kontynuujące swojej treści dialogi. Specyficzna gra aktorska (Iga Cembrzyńska, Jan Nowicki, Jerzy Zelnik, a w epizodach m.in. Jan Himilsbach i Henrik Berth). Wysmakowany i artystyczny obraz (Andrzej był fotografikiem i operatorem obrazu), ciekawa sceneria, scenografia, kostiumy, charakteryzacja.
Rola dźwięku w narracji filmowej
Ale nawet jeżeli przez chwilę obraz wydawał się zwyczajny, to dźwięk nie pozostawiał wątpliwości, że to nie jest zwykła opowieść, a cały film jest niezwykły. Rzadko zdarzało się i nadal zdarza, żeby dźwięk miał szansę odegrać w filmowej narracji tak znaczącą rolę. I nasza projekcja, a potem zażarta dyskusja dotyczyły właśnie dźwięku. Była też nietuzinkowa, wspaniała muzyka Zygmunta Koniecznego.
Jego nazwisko było nam znane, przede wszystkim jako autora piosenek wykonywanych przez Ewę Demarczyk, bo tych mogliśmy posłuchać na festiwalu polskiej piosenki w Opolu, a potem w częstych powtórzeniach telewizyjnych. Wiedzieliśmy, że jest związany z krakowska Piwnicą pod Baranami, ale nikt z nas nie zdążył jeszcze w dorosłym życiu tam dotrzeć. Piosenki Zygmunta Koniecznego były oryginalne w formie, a ich melodyka znakomicie rozpoznawalna jak wyjątkowy charakter pisma. Z reguły były też świetnie zapamiętywalne, chociaż trudno nazwać je melodyjnymi w tradycyjnym znaczeniu tego słowa.
Muzyka w filmie Andrzeja Kondratiuka była całkiem inna
Dzisiaj taką ścieżkę dźwiękową nazwali byśmy sound designem. Główny temat składał się z plątaniny ludzkich głosów, które chwilami brzmią instrumentalnie. Co więcej łączą się z głosami aktorów, ich mową, śpiewem, krzykiem, oddechami i trudno powiedzieć, która część należy do kompozycji, a która jest dziełem aktorów i reżysera dźwięku (Jan Czerwiński). Drugi temat wywodzi się z orkiestry dętej, ale jest tak przetworzony i zniekształcony, że można mieć z nim wiele różnych skojarzeń.
Szczególnie, że jest też jakby wewnątrzkadrowa muzyka związana z jarmarkiem, wesołym miasteczkiem, karuzelą i to odkształcenie obie muzyki do siebie zbliża, ale też zbliża je do groteski i znowu jest to w nieznanych proporcjach dzieło wspólne kompozytora i reżysera dźwięku. Znamienne, że najbardziej naturalnie brzmi, także wewnątrzkadrowa, muzyka wykonywana w dwóch scenach przez zespół cygański.
Tak się w moim zawodowym życiu złożyło, że Zygmunt Konieczny był pierwszym kompozytorem, z którym przyszło mi pracować (Golem, reż. Piotr Szulkin, 1979), kiedy debiutowałam jako konsultant muzyczny. Od tamtej pory pracowaliśmy razem wielokrotnie (ostatnio Figurant, reż. Robert Gliński, 2023). Zawsze muzyka, którą przynosi jest inna, nigdy siebie nie cytuje i nie odwołuje do tego, co już raz zaproponował. Często zaskakuje, czasem pomysł wymaga dużego nakładu pracy (Polaków portret własny, reż. Maria Kwiatkowska, 1981; Z Kroniki z Auschwitz, reż. Michał Bukojemski, 2004, blog 527, 539). Nigdy nie jest nudno, a zawsze wspaniale i fascynująco. W takim nastroju odwiedzałam ostatnio Kraków i wędrowałam na nagrania do radiowego studia.
Ci trzej twórcy – Andrzej Kondratiuk, Zygmunt Konieczny i Jan Czerwiński, wyjątkowo do siebie pasowali i szkoda, że nigdy więcej nie spotkali się w pracy przy filmie. Może były to zbyt silne osobowości? Może szalona i nieokiełznana wyobraźnia Andrzeja gnała go do nowych doznań i doświadczeń? Przy kolejnych filmach pojawiali się kompozytorzy Włodzimierz Nahorny, Eugeniusz Rudnik, Jurek Satanowski i reżyserzy dźwięku Krzysztof Grabowski, Krzysztof Nawrot, Michał Muzyka, a przede wszystkim była to wspomagana siłami wielu współpracowników twórczość Igi i Andrzeja.
Reżyser dźwięku
Nazwisko reżysera dźwięku nie było nam znane (nie było Internetu, Wikipedii i www.filmpolski.pl). Pracował przede wszystkim w Łodzi. Nie pojawiał się na naszej Uczelni, nie wykładał, nie prowadził zajęć i nigdy się na naszym Wydziale nie uczył. Panowie spotkali się wcześniej przy Hydrozagadce (1970), ale to wiedza współczesna. Oba filmy różnią się tak bardzo stylistycznie, że trudno było na podstawie dźwięku do tego pierwszego, przewidzieć, jak wspaniały okaże się efekt współpracy w tym drugim przypadku.
Moje zawodowe drogi doprowadziły mnie w 1976 r. do spotkania także z inżynierem Janem Czerwińskim, który po realizacji dźwięku do Nocy i dni (reż. Jerzy Antczak, film 1975, serial 1977), przeniósł się do Warszawy. Przez kilka lat mogłam uczyć się zawodu u jego boku. Byłam asystentką jego i Jurka Blaszyńskiego (twórcy Pałacu dźwięku w Łodzi) z którym razem pracowali.
Był spokojny, systematyczny, bardzo dokładny. Nawet ubierał się w stonowane kolory (dużo brązu i beżu). Miał opinię wymagającego szefa. Kiedy dowiedziałam się, że mnie do niego przydzielono, przepłakałam całą noc. Był postrachem technicznej kadry wydziału dźwięku, a przede wszystkim tzw. konserwacji. Potem mnie też się bali, kiedy pojawiałam się jako forpoczta. Dla mnie okazał się cudownym, starszym kolegą, któremu zawdzięczam zawodowo niezwykle wiele.
W czasach Skorpiona, Panny i Łucznika, podobnie jak Andrzej i Zygmunt Konieczny, był w apogeum swojej zawodowej drogi. Ten film jest najlepszą wizytówką jego wspaniałych pomysłów wspomaganych rzetelną inżynieryjną wiedzą. Wydział dźwięku WFF Łódź był wtedy najnowocześniejszym miejscem do realizacji filmów i miejscem o największych (jak na te czasy) możliwościach. Ale były to możliwości odpowiadające ułamkowi tego czym dysponujemy obecnie i z tym większym podziwem patrzę na efekty realizacyjne jakie osiągnięto.
Sztuką było już samo zaprzęgnięcie tych sił do swojego wozu tak, aby stały się posłuszne artystycznej wizji. I to się udało. Dialogi do filmu nagrano na post synchronach. Wszystkie są jednolite, co do brzmienia i planu nagrania. Ten plan jest bliski i całość powoduje, że są celowo nie do końca realne, tak jak ich treść. Podlegają pewnym odkształceniom pogłosu, rewerberacji i dzięki temu tak spajają się z warstwą muzyczną przygotowana przez kompozytora.
Stylizowane są także efekty, a każdy nawet najprostszy dźwięk ma w sobie coś niezwyczajnego
Przez kolejne lata we wszystkich filmach Andrzeja ten element zawsze był obecny. Szczególnie wspominam pod tym względem nasze zmagania z Krzysiem Nawrotem i Staszkiem Hojdenem (imitator dźwięku). Kiedy przewrót elektroniczny z jednej strony nas uskrzydlił, a z drugiej pozbawił utartych ścieżek i dostępu do zbiorów, które przedtem wydawały nam się naturalne. Kombinowaliśmy i jak zawsze, bardzo było to twórcze.
Jan Czerwiński pracował zawodowo w fabule do 1989 r. i znamienne, że swojej karierze miał filmy tak nietuzinkowe. Między innymi Pałac (reż. Tadeusz Junak, 1980) za który na Festiwalu w Gdyni otrzymał nagrodę za dźwięk. A Także Ryś, Pensja pani Latter, Nocny gość (reż. Stanisław Różewicz, 1981, 1982, 1989), Dzieje grzechu (reż. Walerian Borowczyk, 1975) i Lekcja martwego języka (rez. Janusz Majewski, 1979). Byłam konsultantem muzycznym i autorem opracowania muzycznego w Rysiu, a asystentem operatora dźwięku w Lekcji martwego języka.
Ale naszych wspólnych filmów było więcej. Kilka odcinków 07 zgłoś się (reż. Krzysztof Szmagier, Kazimierz Tarnas, Jerzy Piotrowski), Sprawa Gorgonowej (reż. Janusz Majewski, 1977), Sto koni do stu brzegów (reż. Zbigniew Kuźmiński). Później współpracowałam z jego niewielka firmą, wybierając muzykę do filmów realizowanych na zlecenie jednego z ministerstw, których celem była prezentacja polskich film produkcyjnych, na początku lat 90. Zawsze pozostawał moim ulubionym szefem, a kiedy choroba przykuła go do łóżka, odwiedzałam go, przynosiłam filmową prasę, bo chciał być na bieżąco. Chętnie gadał, ale także wiele czytał.
