Dostałam na facebooku zaproszenia do klubów fanów i miłośników 07 zgłoś się (reż. Krzysztof Szmagier, Andrzej Jerzy Piotrowski, Kazimierz Tarnas, 1976-1987). Okazuje się, że jest ich kilka. Powstała fundacja. Są czaty, a nawet ogólnopolskie zloty. Oczywiście ucieszyłam się, ale zaraz nawiedziła mnie refleksja, a raczej wspomnienie opowiadania, którym rozbawił nas Stanisław Tym. Został zaproszony do klubu miłośników (fanatyków) Misia. Przyjął zaproszenie na spotkanie, ale mina mu zrzedła, gdy się okazało, że najpierw obejrzano film pokładając się ze śmiechu i chóralnie powtarzając za aktorami dialogi, a potem jeden facet wstał i zaczął coś mówić. Po krótkiej chwili pan Staszek zorientował się, że deklamuje dialogi, które on pewnie napisał, ale ich nie pamięta.
Nagle deklamujący przerwał i wskazał kogoś palcem. Ten nowy stanął wyprostowany jak struna i deklamował dalej. Reżyser (scenarzysta oraz aktor) przeżył chwile grozy, gdy uświadomił sobie, że w każdej chwili takim wskazanym może być on, a on nie ma pojęcia z jakiej sceny dialog pochodzi, co było wcześniej, a szczególnie co powiedziano później. Nie było też jak ulotnić się z tego niebezpiecznego miejsca.
Dlatego od razu proponuję wpisać do regulaminu wszystkich fun klubów filmowych, zakaz odpytywania członków ekip i aktorów z: dialogów, nazwisk bohaterów, ich sytuacji rodzinnej, treści scenariuszy i meandrów akcji. No bo jak ja mam to wszystko pamiętać, skoro na moim koncie w www.filmpolski.pl jest ponad 1000 tytułów, a czasem tytuł to jakiś tasiemiec serialowy, czyli nie jeden a kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, a nawet kilkaset filmów. I nie jestem w tej sytuacji jedyna.
A jeszcze wielu dzieł w spisie nie ma. Albo nie można zebrać dokumentów, albo dokumenty są niekompletne, człowiek pracował i nie ma go w napisach, był to film zagraniczny w koprodukcji i wtedy bywa różnie, albo coś zakwalifikowano jako audycję telewizyjną i się tytuł do spisu nie załapał. Niezależnie są spektakle teatralne i różnego typu przedsięwzięcia audiowizualne, których ten spis z zasady nie obejmuje.
W każdym razie chętnie spotkam się z fanami, miłośnikami i wszystkimi innymi pod warunkiem, że zagrożenia o których wspomniałam powyżej, a także wszystkie inne, które się na drodze pojawią, nie będą mnie dotyczyły. Piszę to tym bardziej, że doczytałam się na facebooku, że w przygotowaniu są kolejne zloty i spotkania, a więc mogę chcąc nie chcąc na jakieś trafić nawet przez przypadek.
Chyba też większość z entuzjastów nie ma świadomości, że serial powstawał ponad 10 lat, a ekipy bardzo się zmieniały. Oczywiście aktorzy, bo poza oficerami śledczymi, była to zawsze nowa historia, ale także różni reżyserzy o reszcie nie wspomnę. Ja pracowałam w różnym charakterze przy 14 odcinkach i chyba nigdy tak porządnie pozostałych odcinków nie widziałam. Co innego mój zięć i jego ojciec, którzy oglądają serial nałogowo i zadają podchwytliwe pytania.
Byłam na praktyce (odcinki 1-4) i moim szefem był operator dźwięku Lech Brański. Byłam II operatorem dźwięku (odcinki 5-9), ale w spisach występuję jako współpraca, za to nie ma mojego szefa Jana Czerwińskiego, który na własną prośbę, z bycia w napisach zrezygnował. Byłam konsultantem muzycznym (odcinki 10-14), organizowałam nagrania i montowałam muzykę, a operatorami dźwięku byli Jerzy Szawłowski (odc. 10-12 i 14) i Andrzej Lewandowski (odc. 13).
Jak się pracowało? Na pewno nie było atmosfery grozy i tajemniczości, bo wszyscy czytaliśmy scenariusze, a więc powszechnie wiadomo było kto, kiedy i w jaki sposób kogo zabił, oraz jak porucznik Borewicz rozwiązał kryminalną zagadkę. Czy było wesoło? Krzysztof Szmagier był człowiekiem pogodnym i dowcipnym. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, a więc trudno było by wytrzymać w ponurym nastroju, choć takie ekipy też się zdarzają. Ja ze Szmagierem zrobiłam jeszcze wiele innych filmów, chociaż nikt mi nie kazał, a więc musiało być miło.
Reżyser uwielbiał piękne kobiety i zawsze na planie było wiele modelek, jako statystek i epizodystek. Adorował je i z nimi flirtował. Mówiliśmy, że jest erotomanem gawędziarzem, bo nic więcej takie zaloty nie oznaczały. Zrobiliśmy mu nawet kawał, w trakcie podróży promem. Ekipa do nakręcenia (na pełnym morzu) potrzebnych materiałów, liczyła tylko 12 osób. Pracy było niewiele, bo z promu nie dało się wcześniej wysiąść, ani później na niego wsiąść, więc odbywaliśmy kompletny rejs (Gdańsk – Helsinki – Nynäsham – Gdańsk). Był to rejs inauguracyjny nowego połączenia (połączony z bankietem), które funkcjonuje do dziś.
Tydzień wcześniej, nowiutkim promem Polferries, wypełnionym po brzegi statystami i oczywiście naszą ekipą, pływaliśmy całą niedzielę po Zatoce Gdańskiej. Nakręcono plany ogólne ludzi, a przy ogromnej asekuracji scenę podejmowania porucznika Borewicza, przez helikopter z pokładu promu. Nie można było nakręcić ogólniejszych planów przyrody, bo wszędzie widoczne były brzegi, a poza wody terytorialne, bez paszportów nie można było wypłynąć.
Nie było zgody na wypłynięcie nawet poza Zatokę, zważywszy kilkaset osób, które się na promie znajdowały. Byliśmy na pewno bardzo obserwowaną przez służby jednostką, bo przy takim zamieszaniu, zawsze mogło się wydarzyć, że ktoś nasz kraj szczęśliwości postanowił przy okazji opuścić. Teoretycznie wjazd do krajów skandynawskich i otrzymanie paszportu, na podstawie posiadanych dewiz był możliwy bez wizy, ale pewnie niektórzy mieli z paszportami ogólne trudności.
Krzysztof zajmował apartament dziobowy, z pięknym panoramicznym oknem. Komplementowaliśmy tę miejscówkę, sugerując, że to wymarzone miejsce na podryw. Nie był to wyraz wyjątkowego traktowania, ale wymóg fabularny (do tej kabiny wchodzi steward). Kilka osób mieszkało w kabinach wybranych przez operatorów i reżysera do zdjęć. Oczywiście w trakcie zdjęć wszystkie prywatne rzeczy musiały znikać, a później było sporo sprzątania, jak to po ekipie filmowej.
W naszej kabinie (Ewa Florczak, Jagoda Rutkiewicz Mikulska – kostiumy i ja – dźwięk) była urządzona garderoba i charakteryzacja, więc chociaż przestrzeń była duża, ruszyć było się trudno. Żadna z charakteryzatorek z nami nie pojechała, dostałyśmy tylko lustro i zestaw małego skauta do charakteryzacji oraz wytyczne jak mamy sobie radzić. Poza Ewą nie było z nami zawodowych aktorów, którzy coś by umieli sami w tej dziedzinie zrobić. Za to Jagoda wzięła dla nas wieczorowe sukienki, bo my po miesiącu zdjęć nad morzem miałyśmy tylko stroje sportowe i to w niewielkim wyborze.
Reżyser był w swoim żywiole. Emablował tym razem hostessy obsługujące recepcję, bo prom był pływającym hotelem i kelnerki pracujące w restauracji i nocnym barze. Bardzo mu sekundowaliśmy, a panowie generalnie byli paniami z obsługi zainteresowani. Wreszcie udało im się namówić jedną z nich, aby kiedy Krzysztof powędruje do swojej kajuty poszła za nim w skąpym fartuszku i tacą z drinkami, zapewniając, że nic jej nie grozi, bo podrywacz jest powszechnie znany.
Reżyser bardzo się peszył i krygował. Próbował się pozbyć namolnej panienki, aż w końcu uwolniliśmy go z patowej sytuacji wpadając z wrzaskiem do kabiny. Donieśliśmy też drinki i zapas szklanych naczyń. Prywatka rozgorzała na dobre. Krzyś się tylko nie wyspał. Może nawet się nudził, bo wszyscy wiedzieli, że z zasady alkoholu nie tyka.
W jadalni i sali dancingowej (to było to samo pomieszczenie) mieliśmy wyznaczone honorowe miejsce, bo do swojego stolika zaprosił nas kapitan. Zagwarantował nam też na każdy wieczór po jednym drinku. Było to królewski gest, bo ceny na promie były w prawdzie w złotówkach, ale przeliczanych na warunki zachodnie. Za nim to ogłosił, udało mu się zrobić psikusa II reżyserowi, Kaziowi Tarnasowi.
Kazio miał na promie do odegrania zadanie aktorskie, był naszym filmowym kapitanem. Jagoda zaraz po zaokrętowaniu wydała mu uprasowany kompletny mundur i kazała przechowywać w swojej kabinie. Niecierpliwy Kazio natychmiast się w niego ubrał i jako kapitan pojawił się na wieczornym dancingu. Siedzący z nami prawdziwy kapitan bardzo się ożywił i oznajmił, że przy tym stoliku, kapitan przychodzi na dancing, to stawia wszystkim obecnym drinki. Cóż było robić. Mus to mus, Kazio postawił i zapłacił, unikając potem munduru kapitana jak ognia.
Zagraniczny wyjazd ekipy filmowej, szczególnie poza kraje demokracji ludowej był sporym przedsięwzięciem. W tym czasie paszporty były jednorazowe. Odstawało się w długiej kolejce, składało wszystkie dokumenty, a paszport w zamian za dowód osobisty otrzymywało się na kilka dni przed wyjazdem, oczywiście stojąc wcześniej w kolejce po odbiór.
Po powrocie zgodnie z terminem podanym jako kończący wyjazd, trzeba było paszport w ciągu chyba 7 dni oddać i odzyskiwało się w tym momencie dowód osobisty. Sprawa była dodatkowo skomplikowana tym, że w paszporcie nie było adresu zameldowania, a więc bez dowodu osobistego nie dawało się zameldować w żadnym polskim hotelu. Dodatkowo paszporty były prywatne i służbowe i te służbowe w takim samym trybie uzyskiwało się, tylko, że w innym biurze, czyli Pagarcie.
One też były jednorazowe, a biuro paszportowe jedno na cały kraj, a więc osoby pracujące za granicą, nawet jeżeli był to tyko urlop, a nawet kilkudniowy pobyt w kraju, musiały tę całą procedurę przechodzić, każdorazowo przyjeżdżając do Warszawy, na początku i końcu swojego pobytu. Problemem były także wszelkie zmiany w ramach zagranicznego pobytu, bo urzędnicy mieli wpisaną datę powrotu i śmiertelnie egzekwowali zależne od niej terminy, a przede wszystkim zwrot paszportu do biura.
To niezwykle komplikowało sytuację zawsze, a naszej ekipy w szczególności. Trwały zdjęcia, a więc nikt z nas nie miał czasu odstawać w kolejce i składać papierów. Dodatkowo jeździliśmy po Polsce, a ponad miesiąc poprzedzający wyjazd spędziliśmy na Wybrzeżu i w każdym hotelu domagano się naszych dowodów osobistych przy meldowaniu. Rejs na promie następował bezpośrednio bo zdjęciach w Trójmieście, w czasie, gdy reszta ekipy wracała do Warszawy i miała wolne.
Na szczęście naszą ekipą szczególnie opiekowała się milicja oraz inne służby, bo musiały dokładnie wiedzieć, gdzie nas wpuszczają i co tam zobaczyliśmy, co pokazaliśmy, a nawet jak się odzywają przedstawiciele władzy do obywateli (nie rewizja, a przeszukanie, nie śledzony, a pod obserwacją itp.), ale też mieliśmy różne fory. Mandat zapłacony w drodze na plan, do końca dnia zdjęciowego się dematerializował. W sprawie naszych paszportów, także zadziałały siły wyższe.
Do Trójmiasta dostarczono nam odpowiednie druki i sprawdzono, że nasze odpowiedzi nie zawierają błędów. Jedynym obowiązkiem (osób wyjeżdżających) było dostarczenie zdjęcia, a każdy takie zdjęcia miał w zapasie, bo czasem wydawano nam identyfikatory i wtedy trzeba było natychmiast się zdjęciem wykazać. Zbyszek Ronert (jeden z kierowników produkcji, nazywany Kujawiakiem, bo odpowiadał za prototyp Poloneza, którym jeździł porucznik Borewicz), zebrał od nas dowody osobiste i zniknął.
Kilka dni później (tuż przed planowaną wycieczką, a po niedzielnym pływaniu po Zatoce, gdzie dowody sprawdzano), wrócił z paszportami. Po zacumowaniu w Gdańsku, zebrał nasze paszporty, a kiedy przyszliśmy do pracy w Warszawie, dowody osobiste już na nas czekały. Jakże inaczej wyglądała moja wizyta kilka miesięcy wcześniej na ulicy Kruczej (biuro paszportów prywatnych dla mieszkańców Warszawy).
