Sen o Violetcie Villas. Czytając wspomnienia Michała Z. cz. 1

You are currently viewing Sen o Violetcie Villas. Czytając wspomnienia Michała Z. cz. 1

Kilka dni temu dostałam fajny prezent. Szaro-niebieską książkę z dedykacją, pod tytułem Bestiariusz Filmowy (książka dostępna na Allegro). Autorem dzieła, moim wieloletnim przyjacielem, a od kilkunastu lat także sąsiadem jest Michał Zabłocki, człowiek wielu talentów. Kierownik produkcji, dyrektor Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu, Agencji Producentów Filmowych, wykładowca akademicki, scenarzysta i autor książek właśnie. Większość stanowią książki dotyczące organizacji produkcji i prawa autorskiego (Organizacja produkcji filmu fabularnego w Polsce), ale są wśród nich także takie perełki, jak Bestiariusz.

LINK DO ZAKUPU KSIĄŻKI

Książkę pochłonęłam w kilka wieczorów i zastanawiam się tylko, czy równie interesująca może być dla osób z poza szeroko pojętego środowiska. Jest to pytanie, które zadaję sobie przy lekturze wszelkich filmowych i teatralnych wspominków, bo po pięćdziesięciu latach obracanie się głównie wśród ludzi parających się artystycznymi zawodami, trudno jest mi ocenić, na ile to co bawi nas jest folklorem miejscowym, a na ile historią ciekawą i dostępną dla ludzi z zewnątrz, dla których aktorzy to postacie ze sceny lub ekranu, a reszta to lista nazwisk w programie teatralnym, czy filmowych napisach?

Dla takich jak ja, Bestiariusz jest historią o ludziach których znałam osobiście lub chociaż z opowieści, osobach nieznanych, ale należących do gatunku filmowych zwierząt, których zachowania i działania świetnie do naszego środowiska pasują. Na pewno wielu rzeczy się z tej książki dowiedziałam i było to dla mnie ciekawe, ale też wiele historii mogłam sobie przypomnieć, lub poznać ich inne wersje. Jak wiadomo filmowe opowieści (prawdziwe lub nie, albo przynajmniej podkoloryzowane) to podstawa wszelkich spotkań zawodowych i prywatnych tego zwariowanego dla osób postronnych środowiska. Mnóstwo opowieści mnie rozbawiło lub śmiałam się z nich po raz kolejny.

Mówi się, że my w filmie wszyscy się znamy

Takie lektury nakłaniają do refleksji. Mówi się, że my w filmie wszyscy się znamy. Michał często powtarza, że ja znam w filmie wszystkich, a przede wszystkim wszyscy znają mnie. Teraz jego własna książka zadaje temu kłam. Ponad połowy nazwisk, które przytacza w tekście nie znam i z nikim mi się nie kojarzą. Myślę, że także dla tych osób ja byłam i jestem panną nikt. To są głównie członkowie ekip wrocławskich, a ja z tymi ekipami zdjęciowymi prawie nie miałam kontaktu (zdjęcia playbackowe do Seszeli reż. Bogusław Linda i Świnki reż. Krzysztof Magowski, oba z 1990 r., Snów i marzeń reż. Paweł Pitera, Janusz Petelski, 1983).

Byłam we Wrocławiu kilkadziesiąt razy, ale były to głównie wycieczki jedno- lub kilkudniowe i dostarczano mnie wszędzie taksówką, z dworca lub lotniska. Dla potrzeb postsynchronu ze Zdzisławem Kozieniem (07 zgłoś się, reż. Krzysztof Szmagier, 1978) dowieziono mnie taksówką prosto z Warszawy do jego mieszkania (aktor akurat leżał chory) i z powrotem. Mieszkałam w hotelach, prywatnych kwaterach (Żabi skok, reż. Zbigniew Trzciński, 1994) oraz na terenie ATM (serial Tancerze, reż. Wojciech Adamczyk, 2009-2010). Po mieście się samodzielnie nie poruszam (kilka razy byłam na Starówce).

Konsultant muzyczny nie towarzyszy ekipie przez cały czas

Bywa na zdjęciach playbackowych, a są filmy, w których playbacku nie ma. Pojawia się w okresie przygotowawczym, ale też często zatrudniany jest już po zdjęciach, kiedy większość ekipy swoją pracę kończy. Dlatego nawet po Wytwórni we Wrocławiu bez pomocy nigdzie nie trafiam, a bywałam tylko w wydziale montażu i dźwięku oraz stołówce. Poznałam kilku operatorów dźwięku (Aleksander Gołębiowski, Ryszard Patkowski, Jerzy Gałek, Stanisław Hojden, Henryk Szurkowski) i kilku montażystów (Irena Choryńska, Roman Kolski, Ewa Pakulska, Maria Leszczyńska, Krzysztof Osiecki). Z Wrocławia wywodził się też niedawno zmarły operator dźwięku Ernest Zawada.

We Wrocławiu montowałam muzykę do Nadzoru (reż. Wiesław Saniewski, 1983), Marcowych migdałów (reż. Radosław Piwowarski, 1989), On ona oni (Krzysztof Tchórzewski, Andrzej Melin, Włodzimierz Szpak, 1983) i Żabiego skoku. Często wrocławski film, miał warszawską montażystkę (Świnka – Halina Prugar, Żabi skok – Małgosia Rodowicz), warszawskiego operatora dźwięku (Nadzór – Małgosia Lewandowska, Świnka – Andrzej Lewandowski), lub jak to opisuje Michał, zdjęcia odbywały się w Warszawie, a wtedy i ekipa zdjęciowa, była mieszana.

Michał Zabłocki pracował przy ponad 50 filmach, nie licząc tych przy których się kręcił. Moje portfolio to ponad 1 000 tytułów, w których znajduje się moje nazwisko, a także mam takie, przy których pomagałam (Sny i marzenia/Sen o Violetcie Villas). Tak się złożyło, że w pracy przy filmach spotkaliśmy się zaledwie kilka razy i wydaje się, że powodem są nasze związki z konkretnymi Wytwórniami, w których filmy powstawały.

W Bestiariuszu Michał pisze o perypetiach związanych z produkcją filmu z Violettą Villas – Sny i marzenia

Nie będąc konsultantem muzycznym tego dzieła, jednak przy jego produkcji spędziłam trochę czasu. Film produkowała Wytwórnia Filmowa we Wrocławiu i oczywiście większość akcji toczyła się w Warszawie. Była to jak zawsze decyzja polityczna, bo Wrocław musiał mieć pełne obłożenie i pokazywać światu jak bardzo polskie są ziemie zachodnie, a Polacy zadomowieni.

Decydentów nie interesowało, czy taka decyzja powoduje, że kilkadziesiąt osób mieszka przez ponad miesiąc w hotelu w obcym mieście, ani ile to kosztuje (Michał pisał, ze koszt realizacji podnosił się o 20%). I dotyczyło to zarówno ekip wrocławskich i łódzkich w Warszawie, jak i warszawskich i łódzkich we Wrocławiu, czy warszawskich i wrocławskich w Łodzi. Głównym problemem nie było zresztą przewiezienie całej ekipy do innego miasta, ale udział w realizacji osób, które musiały okazjonalnie pojawiać się na planie.

Konsultantem muzycznym filmu była moja koleżanka Marta Bogucka, ale jej przyjazdy były niepraktyczne, kosztowne i bardzo wyczerpujące. Najszybsze pociągi pokonywały tę trasę w ok. 7 godzin, ale większość jechała znacznie dłużej czyli ok. 14 godzin. Taką podróż można było odbyć spędzając w kuszetce dwie kolejne noce i dosypiając w hotelu lub domu nad ranem kilka godzin, lub przyjeżdżając wieczorem dnia poprzedniego, a wyjeżdżając dzień po zdjęciach. Oznaczało to duże zmęczenie lub utratę dodatkowych dwóch dni roboczych.

Jak wiadomo konsultant muzyczny obsługuje jednocześnie kilka filmów, a więc o jego dostępność kłócono się pomiędzy produkcjami, nad jego głową. Z reguły wygrywała wersja z kuszetkami i dodatkowym hotelem, którą sama wspominam jak najgorzej. Sąd pomysł Maćka Wojtulewicza (II kierownik produkcji), żeby w cenie 2 kuszetek i hotelu zatrudnić w te dni mnie, bo byłam na miejscu i zajmowało mi to tylko kilka godzin (przynajmniej teoretycznie), a Marta mogła kontynuować swoje wrocławskie zajęcia.

Oczywiście są w książce opowieści o wstawianych zębach, doczepianych lokach, modlitwach i złych omenach. Zawsze były atrakcją dla całego środowiska, więc są mi znane. Gwiazda spóźniała się na zdjęcia notorycznie, ale też nie sposób było przewidzieć ile czasu spędzi w kostiumach i charakteryzacji (przynajmniej 3 godziny). Ekipa czekała spokojnie lub mniej, a każdy pion miał swoje problemy do rozwiązywania. Ja także miałam swoje atrakcje, bardzo różniące się od problemów kierownictwa produkcji, może w ogóle ich nieświadomego.

Najlepiej pamiętam zdjęcia w TVP na Woronicza. Ze względu na łączenie różnych technologii towarzyszyła nam pełna obsada studia telewizyjnego (kilkadziesiąt osób), a my kręciliśmy materiały na 25 kl/sek. Playbacki odtwarzaliśmy z Nagry z kodem czasowym, ale korzystaliśmy z telewizyjnego nagłośnienia. To wszystko było sprawdzane od rana, żeby playback nie był za głośno, żeby przewijanie taśmy nie było słyszalne na głośnikach. Wymyślaliśmy wszelkie, nawet urojone problemy (Olek Gołębiowski, Heniek Szurkowski), żeby nic nie wytrąciło gwiazdy z równowagi.

Teoretycznie kręciliśmy scenę do odcinka Pawła Pitery Sen o Violetcie Villas, ale na planie byli obaj reżyserzy i obaj operatorzy, bo miały powstać epizody do obu odcinków (drugi to Do widzenia kochani). Dekorację podstawową stanowiły paradne rewiowe schody. Rano zameldował się męski balet prosząc o playback i przez pewien czas choreograf przygotowany układ umieszczał na naszych schodach, konsultując efekt pracy z reżyserem i ze mną. Osobiście odtwarzał przewidywaną rolę gwiazdy, co nas doprowadzało ze śmiechu do łez. Było pięknie, ale do czasu.

Wreszcie w drzwiach studia pojawiła się Violetta. Powitały ją głośne oznaki zachwytu, a ona przemieszczała się drobnymi kroczkami jak gejsza, z obu stron podtrzymywana przez dwóch panów z ekipy. Cóż było powodem tych dziwnych kroczków? Niewątpliwie wspominane przez Michała niebotyczne koturny przyciasnych (!!!) butów, ale także bardzo obcisła, czerwona sukienka w fasonie przypominającym flakon perfum, w której naprawdę można tylko stać.

Do tej pory byłam przekonana, że uparła się, aby występować w swoich sprawdzonych, w tym czasie już przyciasnych, amerykańskich kostiumach. Okazuje się, że suknie były szyte na miarę tylko z jej amerykańskich materiałów, ale tak jak w przypadku za małych butów, które miały optycznie zmniejszać stopę, tak i przyciasne sukienki miały powodować, że optycznie wydawała się szczuplejsza. Nic dziwnego, że nawlekanie na nią tej ograniczonej ilości tkaniny trwało tak wiele godzin.

Oczywiście ucharakteryzowana w ten sposób nie była w stanie wdrapać się na nasze rewiowe schody, więc dzielni asystenci ją jakimś cudem na górę wciągnęli. Ale to nie był koniec problemu. Villas miała kłopoty ze wzrokiem (co przed Michałem zataiła), a więc była prowadzona trochę jak niewidoma. Te wszystkie elementy znakomicie ograniczały nasze możliwości odegrania zaplanowanej sceny. Jedyne co mogliśmy przewidzieć, że po pierwszym, najdalej drugim kroku zleci ze schodów, podrze drogocenna suknię, wybije jeszcze droższe zęby, straci część misternej fryzury, o innych obrażeniach nie wspominając.

W tej sytuacji nastąpiła gwałtowna zmiana układu choreograficznego, a głównym zadaniem przystojnych młodych mężczyzn (gwiazda była nimi zachwycona) było trzymanie jej pewnymi rękoma, żeby przemieszczała się po schodach z gracją (śpiewając), a przy okazji co chwilę nie spadała. I to się udało, co sprawdziłam, przy okazji tego tekstu ponownie po latach oglądając scenę. Znakomicie, synchronicznie podkładała też playbacki, ale obie z Martą byłyśmy szczęśliwe, że żadnej z nas nie przypadła w udziale organizacja nagrań z udziałem artystki. Zakupiono gotowe rejestracje jej piosenek w Polskich Nagraniach.

Michał pisze też, że zasięgał informacji w Teatrze Syrena jak przebiegała ich współpraca z Violettą. Słyszał też, o odwołanym występie w Sali Kongresowej. Ja od muzyków znam relacje z późniejszych ekscesów w Teatrze Roma. Oczywiście sala była wyprzedana z naddatkiem, a gwiazda się spóźniała w sposób nieprzewidywalny. Publiczność czekała bez słowa protestu, a później klaskała i wiwatowała. Violetta przyjmowała z radością owacje na stojąco.

Gorzej było z muzykami. Przygotowanie aranżacji było niekończącą się gehenną, a po kilku próbach zrezygnowano z zatrudniania orkiestry. Ostatecznie towarzyszący zespół był zaledwie trzy osobowy (instrumenty klawiszowe, perkusja, kontrabas). Główny problem stanowiła dowolna interpretacja gwiazdy. Modulacje, zmienianie następujących po sobie części utworu (podwójny refren, nagła wokaliza), zmiany tempa. Mogli podołać takim żywiołowym występom tylko dobrzy jazzmani i wytrawni akompaniatorzy.

Wszyscy wcześniej pracowali na statkach wycieczkowych, gdzie co wieczór zmieniali się soliści i repertuar, a więc mieli wyrobiony refleks i błyskawiczną adaptację do zmieniających się warunków. I tak każdy spektakl kończyli mokrzy i znerwicowani. W Romie płacono im zwielokrotnione stawki, ale trudno powiedzieć, czy był to wystarczający ekwiwalent. Występów było tylko kilka, bo szybko żadne pieniądze nie były w stanie skusić, nawet najbardziej zdeterminowanych muzyków do takiej pracy.