Zawsze 50% szansy na sukces

You are currently viewing Zawsze 50% szansy na sukces

Mimozami jesień się zaczyna i zawsze niesie ze sobą przygnębienie i smutek pięknej, ale szykującej się do zimowego snu przyrody. W 2013 roku jesień przyniosła nam dodatkowy smutek i żal. 12 listopada odszedł profesor Jan Szmańda. Reżyser dźwięku, wychowawca młodzieży, społecznik. Mój Profesor.

Z Nim związana jest większość mojego życia jako takiego i całe życie zawodowe, czyli ponad 50 lat, licząc od momentu, w którym przekroczyłam próg Wydziału Reżyserii Dźwięku, najpierw jako uczeń maturalnej klasy, który przyszedł się trochę zorientować, a później, jako kandydat, aspirujący do zawodu, do końca nie wiadomo jakiego. Jeden z bardzo wielu marzycieli, bo wydział uchodził (i nadal uchodzi) za ekskluzywny i prestiżowy, niepewnych jak potoczą się jego życiowe losy. Nie do końca pewny, czy wie co wybrał i czy to jest ten zawód, który będzie z radością uprawiał. A w ogóle, czy zostanie po dwóch tygodniach egzaminów przyjęty i czy się do tego nadaje?

Tacy ludzie, jak Janek Szmańda, wydają się w naszym życiu niezbędni i wieczni

Szczególnie, że był człowiekiem bez wieku, w ogóle się nie zmieniał, a wiadomość, że miał 81 lat można traktować jedynie jako fakt metrykalny. Żył pełnią życia i robił plany na przyszłość. Zawsze energiczny, pogodny, życzliwy ludziom, bezproblemowy, łatwy w kontakcie. Powszechnie znany i lubiany. Gdy zamknę oczy widzę jak szybkim krokiem oddala się nieistniejącym Wytwórnianym korytarzem, w kierunku dźwięku.

Chodził szybko. Mówił krótkimi konkretnymi zdaniami i taki był w pracy. Wielokrotnie jako montażystka dźwięku siadałam za konsoletą po jego lewej stronie, żeby pomagać w rozczytaniu partytur opracowanych i zmontowanych przez siebie ścieżek dźwiękowych. Często była to PKF, gdzie zawodowa sprawność była jednym z elementów wykonywanej pracy. Jego zgrania miały zdecydowany, zawsze dobrze rozpoznawalny charakter pisma. Taki… zamaszysty.

Był zapalonym brydżystą i mogłam się o tym przekonać w czasie pierwszych studenckich wakacji

Spędzałyśmy je z Małgosią Lewandowską i jej tatą, w Sokole Kuźnicy, leśnym ośrodku wczasowym nad jeziorem koronowskim. Pewnego dnia do sąsiedniego domku wprowadził się, wraz z rodziną, nowy lokator: profesor Jan Szmańda. Byłyśmy już wtedy studentkami Jego klasy, ale znałyśmy go tylko z wykładów i budził nasz niekłamany respekt, nawet, kiedy paradował w krótkich spodenkach, z malutką córeczką na barana.

Brydża zorganizował już pierwszego wieczoru, nie bacząc na zgłaszane prawie ze łzami w oczach, mizerne umiejętności Małgosi, którą dopiero na studiach zaczęliśmy uczyć, bo brakowało nam czwartego. Rytuał brydżowy powtarzał się do końca urlopu, a Małgosia wróciła z wakacji kompletnie gry w brydża nauczona. Jak grał w brydża? Dobrze. Ryzykował z umiarem, sprawnie oceniał sytuację. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałam legendarne zdanie: decyzja może być zła, albo dobra, ale musi być szybka, bo tylko wtedy mamy 50% szans na sukces.

To zdanie przyszło mi do głowy, kiedy usłyszałam o Jego śmierci. Widocznie zanalizował swoją sytuację po ciężkim wylewie i zdecydował, że życie inne niż prowadził dotychczas już go nie interesuje. W niebiańskiej wytwórni filmowej, departament dźwięku uzyskał znaczące wsparcie. Wszyscy tam kiedyś do Niego dołączymy. Ja liczę także na prężnie działający klub brydżowy.

Czego nas uczył?

Szybkich, zdecydowanych posunięć, odwagi, ale i odpowiedzialności za swoje decyzje, rozwagi, ale nie asekuranctwa, klarowności wypowiedzi i brydżowej analizy sytuacji, kalkulacji i wyciągania wniosków. Krzysio Jastrząb przypomniał słynną kartkę, która zasłaniała w studio filmowym mierniki konsolety: Naucz się kontrolować swoją pracę słuchem. To nie punkt pomiarowy. Wybierz poziom odsłuchu, który ci odpowiada. Nigdy go nie zmieniaj. Naucz się go, a wtedy nawet bez miernika będziesz czuł właściwe proporcje.

Ile razy przez zbyt głośny odsłuch udało się nagrać materiały zbyt niskim poziomem? Czy nie to samo chciał powiedzieć światu Ray Dolby, kiedy znormalizował odsłuch we wszystkich salach zgrywających i odtwarzających filmy w jego systemie?

Wypuszczał swoich wychowanków na głęboką wodę, ale życzliwie nam sekundował

Jestem pewna, że gdyby się waliło, wyrósł by jak spod ziemi, takie przekonanie pozwalało pracować nawet w ekstremalnie trudnych warunkach, ale nigdy nie odważyłam się tego sprawdzić. Nie ja jedna. Dobrze umiał wybrać tych, których wprowadzał do zawodu. Wiedział o nas więcej niż my sami. Dzięki Niemu odkrywaliśmy swoje realne możliwości. Lista jego znakomitych następców jest bardzo długa i fajnie być na tej liście, nawet jako szara mysz.

Nie zapomnę, kiedy jako studentka IV roku reżyserii dźwięku, stałam koło Niego na baczność przed Kazimierzem Karabaszem: Ona jest zdolna, dużo potrafi, świetnie da sobie radę. Ja tam taka pewna nie byłam. Raczej byłam śmiertelnie przerażona, ale zadanie wykonałam, jak wszyscy poleceni przez Niego studenci. Fakt, że profesor Karabasz także był z tych, którzy pomagali, o szkole jaką przeszłam u jego żony Lidii Zonn w montażowni, już nawet nie wspomnę.

Co pamiętam z czasów, kiedy byłam Jego asystentką?

Na początek serial Zielona miłość, reż. Stanisław Jędryka, 1977 r. Bywał na planie. Na pewno razem jadaliśmy zupę regeneracyjną, ale od Nagry i sprzętu trzymał się z daleka. Nie wtrącał się w moje decyzje, chronił je i wzmacniał swoim autorytetem, nawet jeżeli nie do końca były po jego myśli. Był lojalny. I ten jeden raz, kiedy producent próbował obarczyć mnie winą za nie moje grzechy zareagował natychmiast, bezwzględnie i skutecznie.

Zawsze wiedziałam, że jest ze mną i po mojej stronie. Dzięki temu już po dwóch latach byłam samodzielnym operatorem dźwięku. Debiutowałam także pod jego opieką (Papa Stamm, reż. Krzysztof Regulski, 1978), a potem przez wiele lat, już jako autor opracowań dźwiękowych, jeżeli było to możliwe, Jego wybierałam na swojego partnera w pracy i to z wzajemnością. Zrobiliśmy razem wiele filmów dokumentalnych, animowanych, spektakli teatru telewizji. Zawsze była to miła i udana współpraca.

Pracował naukowo

Pamiętam min. badania nad pogłosem i nasz skromny w nich udział. Jako początkujące montażystki dźwięku, montowałyśmy z Małgosią taśmy testowe, na których prowadzono eksperymenty. Andrzej Łapicki deklamował monolog Don Juana, Tadeusz Łomnicki mowę na pogrzebie pułkownika Wołodyjowskiego. Do dziś umiem znaczne fragmenty tych wspaniałych wystąpień. No i zamiłowanie do montażu mi zostało, a nawet zdecydowało o trwałej zmianie zawodu i zajęciu się konsultacją muzyczną, czego zdając na Wydział Reżyserii Dźwięku nie przewidywałam w najśmielszych snach.

Reżyseria Dźwięku to był drugi zawód Profesora. Najpierw był Uniwersytet Poznański, wydział chemii i praca w charakterze technologa w Polskich Nagraniach. Tam zakiełkował pomysł, że płyty można nie tylko tłoczyć, ale także nagrywać ich zawartość. Na studiach okazało się, że poza muzyką jest jeszcze wiele innych dźwięków do nagrania, czego doświadczyłam sama. Na pewno zyskał polski film, a polska fonografia musiała sobie jakoś poradzić.

Zdecydowanie i odwaga. Legendą obrośnięta jest historia z planu filmu Jana Łomnickiego. Nie bacząc na trudny charakter reżysera, młody operator dźwięku tak długo ćwiczył z aktorką przekładanie kartek, aż opanowała mówienie tekstu naturalnie, ale pomiędzy szelestami. Do dziś pokazuję taką scenę studentom, bo reżyseria kartek to już znak firmowy Jego klasy (Dług, reż. Krzysztof Krauze, 1999, scena w banku, dźwięk Wiesław Znyk).

Od kilkunastu lat nie uprawiał już czynnie zawodu reżysera dźwięku, przynajmniej na planie zdjęciowym. Ostatni na długiej liście tytułów podpisanych jego nazwiskiem, jest spektakl Ścieżki chwały (reż. Jerzy Antczak, 1995). Pracowaliśmy przy nim razem. Jeszcze przez kilka lat uczył młodzież. Po nagłej śmierci profesora Krzysztofa Grabowskiego, do zajęć na Uniwersytecie Muzycznym, dołożył sobie zajęcia ze studentami AFiT, a kiedy poszedł na emeryturę profesorską, dalej udzielał się w AFiT. Gdy pracy przybywało, dołączyłam do Niego.

Emerytura profesora

W trybie awaryjnym przejęłam po Janku wszystkie zajęcia, kiedy po pierwszym wylewie (w trakcie świąt Bożego Narodzenia) postanowił odpocząć. Wydawało się, że na chwilę, ale już nigdy do Szkoły nie wrócił. Odziedziczyłam pudło prac studenckich. Dokładnie 150 kilkustronicowych wypracowań. No rzeczywiście, tak jak mówił, tak się oszczędzał. Ja sprawdzałam ten spadek, mozolnie przez dwa tygodnie. Był z nami, kiedy uruchamialiśmy w AFiT wydział dźwięku i najstarsi absolwenci, których często spotykam w telewizjach i na filmowych planach, dobrze pamiętają ciekawe zajęcia, które z nimi prowadził. Pośrednio Jemu zawdzięczamy, że wreszcie mamy pod dostatkiem pracowników pomocniczo twórczych.

Na pewno trochę się na tej całkowitej emeryturze nudził, bo odwiedzał mnie często w moim studio na Wernyhory. Piechotką miał niedaleko. Piliśmy kawę, zawsze trochę pogadaliśmy. Był moim ogromnym wsparciem, kiedy pisałam doktorat. Nie tylko kibicował. Czytał gotowe fragmenty, dopisywał uwagi, dyskutował. Nie opuścił żadnej projekcji. Był na mojej obronie (01.03.2013), chociaż cała ceremonia trwała kilka godzin i na pewno była męcząca. Niestety tak szybko od nas odszedł. Za szybko.

Moja książka Dźwięk w filmie nosi tytuł wykładu, który prowadził na I roku ze studentami. To właśnie wtedy Profesor wyjechał służbowo do Moskwy. Przepadł wykład, ale dostaliśmy prezenty – zapisane bukwami książeczki pod znamiennym tytułem Mastierstwo zwukoapieratora. Mieliśmy je przeczytać i zreferować na kolejnych zajęciach. Napisałam kiedyś felieton o tym wydarzeniu. Dedykowałam Jankowi i zaniosłam do przeczytania. Śmiał się, że po tylu latach pamiętamy. A co udało nam się wyczytać? Że zwukoapieratora powinny cechować: pamięć i wrażliwość. To także pamięć o Naszym Profesorze.