Pani Marysia Czubaszek

Pani Marysia Czubaszek

Czy się z nią przyjaźniłam? Na pewno nie, ale znałyśmy się ze 30 lat, bo tak długo popracowuję z jej mężem Wojciechem Karolakiem, zwanym Zającem. Bywałam w ich domu, spotykałyśmy się oficjalnie i prywatnie, a przede wszystkim przez te wszystkie lata wiodłyśmy różne rozmowy telefoniczne (póki były telefony stacjonarne). Pewnie ja bardziej czułam się jej znajomą niż ona moją. Mogłam (i robiłam to) słuchać jej audycji, publicznych wypowiedzi, czytać jej felietony i to co komu powiedziała w wywiadzie, a od kilku lat z uwagą śledzić niedzielne Szkła kontaktowe w których występowała. Była osobą uroczą, serdeczną, bezpośrednią i fantastycznie abstrakcyjną. Często nie poznawała, nawet dobrych znajomych, chociaż mnie jakoś rozpoznawała, nawet przez telefon. Pan Wojtek twierdzi, że jego poznawała tylko jak chciała. W mieszkaniu jest wydeptana droga na podłodze, aż się parkiet różni, bo chodziła zawsze tylko po jednej trasie. Jej choroba i śmierć były dla nas wszystkich strasznym ciosem i ciągle nie umiem mówić o Niej w czasie przeszłym, bo przecież ciągle widuję się i gadam z panem Zającem magistrem, a ona żyje w swoi tekstach, piosenkach i w naszej pamięci. 

 Wybrałam się na spektakl Dużo kobiet, bo aż trzy. Pierwszy raz bez Jej obecności. Spędziłam cudowny wieczór, a najpiękniejszy był fragment, w którym wykonawcy (Artur Andrus, Hanna Śleszyńska i Magda Umer) opowiadali o Niej i jej cudownej, tak dobrze mi znanej logice, zupełnie innej od logik innych ludzi. Zaproszono też Zająca. Był Jej wzruszającym zastępstwem. Publiczność pękała ze śmiechu z dowcipów, które od lat są stałym elementem naszych domowych rozmów. – Czy zmieniłeś opony na zimowe? – Nie, ale napompowałem zimowego powietrza i to powinno wystarczyć. Podobnie można zmienić opony na letnie. Bo pod względem logicznych i abstrakcyjnych zarazem odpowiedzi Zając magister w sumie się wiele od Niej nie różni. – Potrzebuję 27 zł. – Nie mogę Ci dać,  bo nie mam akurat takiej monety. – A to są takie monety? – Tak, ale bardzo rzadko spotykane i właśnie nie mam (tak wygląda każda domowa rozmowa o pieniądzach i może dotyczyć każdej sumy i zarówno monet, jak i banknotów, bo ja nie lubię bankomatów).

Z czułością wspominam rozmowę Pani Marysi z Arturem Andrusem o farmach wiatrowych. – A skąd się bierze prąd jak one w nocy nie działają? – Jak to nie działają? – No, wtedy nie ładują im się baterie. I znam odpowiedź. Pomyliła wiatraki z bateriami słonecznymi. A dowód stoi na moim parapecie. To są takie kwiatki (lub motylki) kiwaczki, które mają słoneczne bateryjki i w dzień pod wpływem słońca machają listkami, a w nocy śpią. Mam zdjęcia. Dostałam je od Pana Wojtka. Z radości, kiedy pierwszy kryzys minął i wydawało nam się, że Pani Marysia zaraz wyzdrowieje i do nas ze szpitala wróci. Co dzień rano przy śniadaniu patrzę na nie i o Niej myślę z uśmiechem. 


I moja przygoda, jakieś półtora roku, albo dwa temu. Szykowaliśmy się do nagrania muzyki do filmu Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy (Janusz Majewski, 2015). Pan Zając, miał do oddania jeszcze jedną partyturę, a gdzieś wyjeżdżał na wcześniej umówiony koncert. Do nagrania były dwa dni. Plan był taki. Dokończy wieczorem, albo w nocy. Porzuci nuty na portierni ich domu i pojedzie. Bo jak dojedzie na miejsce nad ranem, to spokojnie się przed koncertem wyśpi (zające, a na pewno ten jeden sypiają w dzień, a pracują w nocy). Partyturę trzeba zabrać z portierni i zawieźć do kopistki, która ma przygotować nuty dla poszczególnych muzyków, ale ona nie ma portierni i akurat w nocy, podobnie jak większość ludzi śpi. Starczy być ok. 10.00, zdąży skopiować, a moje dziewczyny wszystko uporządkować do nagrania, popakować dla każdego muzyka osobno…. Już zresztą to szykujemy.  Proste? Proste, ale….


Ja walczę z organizacją nagrania. Po nuty jedzie mój mąż (bo wszystko może się zdarzyć i trzeba się wykazać, nieustępliwością i pomysłowością) i całe szczęście. Zając gdzieś tam śpi pod miedzą, a nut nie ma. Samochodu też nie ma, czyli pojechał, no i nie można go budzić, zresztą to marny pomysł. Nie uda się. Jak odda nuty po powrocie, na bank nie zdążymy. Portierka przeszukuje wszystkie szafki i blaty, dzwoni do nocnej zmiany. – Nuty były, ale się zmyły. – Może Pani Marysia zabrała. Jest w domu, pracuje. Mój mąż jedzie windą na górę, puka, dzwoni, słychać radio, ale nie ma reakcji. Portierka próbuje telefonować, ale kiedy podaje mi numer telefonu, pod który dzwoni, wiem, że to telefon historyczny, umiem go na pamięć, mam go w starym notesie, ale od dawna taki telefon nie istnieje. Są komórki. Kolejne wycieczki pod drzwi i z powrotem. Nie ma sukcesu. Ja wydzwaniam po wszystkich świętych. Kto ma telefon komórkowy Pani Marysi, żeby Zająca nie budzić. Nuty nam zginęły. Wreszcie jest. Mąż pod drzwiami, ja dzwonię. Słyszy ten dzwoniący telefon. On jest w środku. Pewnie z właścicielką. Po wielu sygnałach Pani Marysia odbiera. – O Pani Małgosia. Ja czekam na Pana Andrzeja, bo on po partytury miał przyjść. Ja zabrałam te nuty, żeby mi nie uciekł, bo ja dla tych kotów Ewy (kopistki) kupiłam różne smakołyki i żeby to zabrał i jej dał. – Że nuty zginęły to my wiemy. Nawet wymyśliliśmy gdzie są. On stoi pod Pani drzwiami.  Puka, dzwoni i nie wiem co robi w desperacji, bo już tak z godzinę.  Ojej, bo ja zapomniałam powiedzieć, że je zabieram, a teraz sobie głośno radio włączyłam, żeby mi nikt nie przeszkadzał, bo felieton piszę. No, a tego naszego dzwonka to prawie nie słychać. No to jak on się mógł dodzwonić. O jest Pan. Panie Andrzeju, to…. Dalsza część była już do męża, a ja przestałam istnieć, razem z telefonem.

Na scenie opowiadania nie mają końca. Parówki, buty odbierane od optyka, kaczka mrożona, która zamiast się upiec to się tylko rozmroziła… Na muzyce Pani Marysia się nie znała (co nie przeszkadzało, że jest autorką tekstów wielu piosenek (Każdy as bierze raz  czy Wyszłam za mąż zaraz wracam), ale jedną piosenkę zawsze rozpoznawała i bardzo lubiła. The Man I Love (Georges i Ira Gershwin) w tłumaczeniu Mariana Hemara – Niech ci nie będzie żal. Śpiewa ją dla nas Magda Umer. Tekst jakby wymyślony na to pożegnanie z nami i osobisty list do kochanego Zająca. Przy fortepianie Wojciech Karolak Pan Zając Magister. A potem już sam, w pięknej jazzowej improwizacji (z towarzyszeniem Łukasza Borowieckiego na kontrabasie), na temat piosenki Dobranoc (muz. Jerzy Wasowski, tekst Jeremi Przybora).