Czytać, albo i nie czytać. Cz. 2

Czytać, albo i nie czytać. Cz. 2

Czytelnictwo nie rośnie nigdzie na świecie, ale też chyba nigdzie sytuacja nie jest aż tak dramatyczna jak w Polsce. W różnych przedziałach wiekowych, ale w sumie podobnie od 34–44% osób bardzo lubi lub raczej lubi czytać. Ludzie w wieku 15-19 lat najmniej. Za to aż 42% osób w tym wieku nie lubi lub bardzo nie lubi czytać. Nie jest już wstydem przyznać się, że nie czytamy. Coroczny raport ogłoszony przez Bibliotekę Narodową napawa przygnębieniem. W 22% domów nie ma ani jednej książki i takich domów przybywa. W 64% domów książek jest nie więcej niż 50, a zbiory liczące 500 tomów ma zaledwie 2% Polaków. W tych 2%, połowa to biblioteki powyżej 1000 pozycji. Wiele księgozbiorów to tylko podręczniki i książki dla dzieci. Książek papierowych nie zastępują zbiory cyfrowe ebooki czy audiobooki. 


Najmłodsze pokolenie nie lubi i nie czyta, bez względu na nośnik na jakim dana książka jest prezentowana. Odczuwam to boleśnie, jako pedagog i wykładowca. W tym roku po raz pierwszy musiałam wyznaczyć kilka!!! lektur i raz w miesiącu sprawdzamy, czy zostały przeczytane i co zostało w głowach studentów. Czuję się jak Syzyf. Lubi czytać i czyta może 1 na 10 studentów. Myśmy z zapałam czytali i poszerzali wiedzę wszyscy. Książek, które powinni przeczytać i opanować w czasie pierwszego roku studiów jest kilkanaście, a właściwie kilkadziesiąt. No 30 najmarniej, a ja walczę o marne 8-9 tytułów. Co więcej, studenci nie potrafią szukać interesujących ich zagadnień ani analogowo, ani w Internecie. Jeżeli czegoś nie ma w Wikipedii to już prawdziwy dramat. Kolejne ćwiczenie polega na napisaniu definicji wybranych pojęć na podstawie kilku różnych źródeł i opracowanie odpowiednich przypisów. Kiedy relacjonowali ogrom problemów związanych z tym co zostało zadane czułam się jak morderczyni niewiniątek.


Kompletnie nie umiem zrozumieć tej sytuacji. Wychowałam się w domu pełnym książek, wśród ludzi, którzy czytanie uważali za jedno z zajęć należących do codziennego rytuału. Niezbędne do zachowania psychicznej równowagi, własnego rozwoju i poszerzania posiadanej wiedzy. Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy pierwszy raz byłam w takim domu bez książek. Moja gosposia, której nigdy nie przyłapałam na czytaniu w czasie, gdy np. dziecko spało, chyba przypadkiem, w czasie wycierania kurzy, natknęła się na kilkanaście scenariuszy serialu DOM. Przygotowano je nietypowo, miały format A5, grzbiety były porządnie sklejone i zabezpieczone kolorowa taśmą i były wyjątkowo poręczne. Oglądała już pierwsze, zrobione odcinki serialu, a więc prawdopodobnie przeczytała przynajmniej niektóre nowe scenariusze. Kiedy zawieszono produkcję, chciałam książki ze złości wyrzucić i wtedy Pani Wacia poprosiła, żebym je jej oddała. Potem poszłam po coś do niej do mieszkania i wtedy odkryłam, że wielką meblościankę, wypełniają specyficznej urody serwisy, a na jednej z półek stoi domowy księgozbiór – moje scenariusze. Żadnej więcej książki w mieszkaniu nie było.

Podobno więcej czytają ludzie lepiej wykształceni, ale też bardzo wiele zależy od środowiska w jakim się obracamy, zwyczajów panujących w rodzinie, czy wśród znajomych. Oczywiście moja rodzina czytała od pokoleń i takie były nawyki. Rodzina mojego męża była prosta i niebogata, ale i tam czytano i co więcej, uważano, że czytanie jest podstawą do społecznego awansu. Czytano gazety i np. Politykę. Na 18 urodziny, mój mąż dostał subskrypcję i pierwszy tom Encyklopedii, którą właśnie zaczynano wydawać. Do dziś uważa, że to najcenniejszy prezent jaki wręczył mu ojciec, który wkrótce po jego urodzinach zmarł.

Kiedy się pobieraliśmy, moja biblioteka miała 2 metry i 4-5 półek. Po ślubie przybyło drugie tyle, mimo, że podwójne egzemplarze przekazaliśmy moim rodzicom. W naszym 22 metrowym mieszkaniu był to główny mebel, a żeby można się było poruszać, półki podwiesiliśmy od 1,5 m do sufitu. Dzieciom zawsze czytaliśmy wieczorem przed snem. Czasem książki, które właśnie nas frapowały (jak Justyna nie rozumie o co chodzi, to szybciej usypia). Finał był taki, że 4 letnia dziewczynka deklamowała obszerne fragmenty Kwiatów polskich Tuwima i kazała mówić do siebie Kuchto Walerciu. Syn wdrażał się do czytania, kiedy leżąc 7,5 miesiąca w łóżku (w czasie ciąży), przeczytałam wszystko co było nie przeczytane w domu oraz ok. 2 m nowych książek zdobytych w księgarniach i antykwariatach. Takie tam: Proust, Dostojewski, Poe, Dickens, a przede wszystkim książki z historii muzyki francuskiej, obyczajów i historii, dotyczące epoki napoleońskiej i wcześniejszych czasów (Listy pani de Sévigné), ale we Francji. W większości po francusku.

Po co? Szykowałam film Spowiedź dzieciątka wieku (reż. M. Nowicki, 1986). Jest to dość luźna adaptacja powieści Alfreda de Musset, który w formie romantycznej powieści rozliczał swój burzliwy romans z George Sand (tą samą, która była muzą F. Chopina). Film właściwie koncentruje się jedynie na wątku miłosnym, za to bardzo rozbudowuje związane z nim postaci. Potrzebowałam repertuaru dla damy do grania na fortepianie (Brigida – Hanna Mikuć) i egzotycznej kurtyzany (Agnieszka Fatyga), która oszałamia naszego bohatera w domu rozpusty. Utwory L. van Beethovena, G. Rossiniego i K.M. Webera nagrał w studio Wojtek Borkowski. Na planie towarzyszył też występom Agnieszki Fatygi, która wykonała utwór G. Paisiella, kompletnie nieznanego dziś przedstawiciela włoskiego baroku. Szukałam melodii do patriotycznych zegarków i pozytywek z epoki napoleońskiej i to również mi się udało. Szczególnie dumna byłam z piosenki o cebuli, którą śpiewał pijak, a którą później brawurowo wykonywał w serialu Modrzejewska (reż. J. Łomnicki, 1989) niezapomniany Krzysztof Kolberger, akompaniując sobie samodzielnie na fortepianie. 

Nie było Internetu, a moje poszukiwania, bez możliwości opuszczenia łóżka były wyjątkowo trudne. Pomagał mi wyznaczony przez produkcję kierowca, który pracowicie zwoził mi do domu oryginały lub niezwykle wtedy drogie kserokopie nut i tekstów. Dobrze, że byłam osobiście już wcześniej znana i w Instytucie francuskim i w dziale zbiorów specjalnych Biblioteki Narodowej. Kiedyś przypadkiem znalazłam tam oprawiony w skórę i ozdobiony złoceniami hitlerowski śpiewnik. Nikt nie wiedział o jego istnieniu, a ja tylko potrzebowałam nie chronionego już hitlerowskiego marsza. Znalezisko było takiej klasy, że biblioteka, na swój koszt, zrobiła mi jego fotokopię. Ilekroć korzystam z opasłego tomu, który już sama oprawiłam w płótno u introligatora, ciepło myślę o prezencie, jaki mi wtedy zrobiono. Poza tym byłam znakomicie zapamiętaną postacią.


Film Spowiedź dzieciątka wieku zrobiono z ogromną starannością i pietyzmem. Chwalono scenografię, kostiumy, zdjęcia. Leżąc wspomagałam Teresę Barską, wydzwaniając po różnych instytucjach, które mogły nam pożyczyć muzyczne rekwizyty. Szczególnie dumne byłyśmy z prawie okrągłego fortepianu, do buduaru Brygidy. Także oprawa muzyczna była bardzo kunsztowna. Muzykę ilustracyjną pisał Adam Sławiński, a ja uzupełniłam całość moimi znaleziskami. Cały film przyjęto z mieszanymi uczuciami. Trudno mi to ocenić. Praca była ciekawa i frapująca. Wypełniała mi trudny czas i dawał poczucie, że mimo, że tak nieaktywna jestem jeszcze komuś potrzebna. Premiera odbyła się ponad rok później. Ja wróciłam wtedy do pracy po urodzeniu dziecka, ale byłam już innym człowiekiem. Mnie film wzruszył i bardzo mi się podobał.


W nowym mieszkaniu spaliśmy jeszcze na materacach, kiedy pojawiły się zaprojektowane i zrobione przez mego męża (w stanie wojennym niektórzy prawnicy i lektorzy byli stolarzami) piękne dębowe regały. Książki, na czas przeprowadzki pochowane u znajomych w garażach, zwoziliśmy i wnosiliśmy na nasz strych, w plecakach. Przy kolejnej przeprowadzce dębowych regałów było już 5. Przybyły też dwie sosnowe landary.

 
Nasze, dorosłe już, dzieci czytają dużo i chętnie. Każde wyprowadzało się z domu, podobnie jak kiedyś ja, ze swoimi książkami, które stały się podstawą kolejnych domowych bibliotek. Zachęcaliśmy je do czytania szukając w różnej tematyce, aż osobnik czymś się zainteresował (syn przeczytał całą kolekcję Tomków Alfreda Szklarskiego i korzystał przy tym ze szczegółowych map, które zdobywaliśmy pracowicie w księgarni geograficznej) i wtedy tylko wystarczało dokupywać kolejne potrzebne książki. Wnukom czyta się przed snem, albo słuchają audiobooków. Zawsze czyta im mój mąż, w czasie wizyt, bo dziadek, chociaż dziś już nie pracuje jako lektor, czyta świetnie, dzieci to lubią i zawsze są przygotowane z czymś nowym do przeczytania. Jeżeli nocują u nas to w ich pokoju jest dużo książek i pięknych albumów, a więc zawsze mamy co oglądać i o czym czytać. Książki są równie ważne jak notebook, a w każdym razie gry komputerowe nie stały się dla czytania konkurencją i to bardzo nas cieszy.