Studio Sonoria

Róg Waryńskiego i całkiem niedawnej filmowej przeszłości

Hotel MDM w Warszawie wygląda dziś całkiem inaczej niż przez długie lata komunizmu. Jest 3 gwiazdkowy, ale schludny i wyremontowany, a poza tym nie zabija ceną. Od strony ul. Waryńskiego zagnieździła się restauracja U Szwejka. Wchodząc do środka trudno rozpoznać wnętrze uwiecznione w Oszołomieniu (reż. J. Sztwiertnia, 1989). To był nasz przedwojenny, elegancki lokal w którym słynny aktor Kazimierz Junosza-Stępowski poznał swoją miłość i zgubę: aktoreczkę i piosenkarkę, która została jego żoną. Popadając w narkomanię, a w czasie II wojny światowej zostając konfidentką gestapo, doprowadziła do śmierci swojej, a wcześniej do poniewierki i śmierci męża. I przynajmniej kilku innych osób, które zdążyła zadenuncjować, zanim AK wykonała na niej wyrok.


Sławnego aktora w Oszołomieniu gra Władysław Kowalski, natomiast jego żonę Maria Pakulnis, która brawurowo śpiewa, tańczy i stepuje razem z Januszem Józefowiczem. Całości akompaniuje big band Wiesława Pieregorólki w olimpijskim składzie. I solista: na ekranie Janusz Panasewicz, a w dźwięku Andrzej Zaucha. Nagraliśmy w sumie trzy utwory, bo w filmie pełnią one też rolę muzyki z płyt, których słucha bohaterka w ramach narkotycznych seansów. Nagranie big bandu odbyło się w Szczecinie (osobiście konwojowałam cały wagon sypialny sław polskiego jazzu), a solistów nagraliśmy w Studio Tonpress na warszawskich Bielanach. Playback obejmował także stepowanie, które na specjalnym kawałku drewnianej podłogi nagrał Janusz Józefowicz. Marysia nauczyła się śpiewać i tańczyć, ale na nagraniu zastąpiła ją dublerka śpiewająca (Ludka Warzecha), a na zdjęciach tancerka stepująca. Bo do tańczenia przez tyle godzin trzeba mieć krzepę i regularny trening taneczny. 


Natomiast teraz, w rzeczonym lokalu bez trudu można znaleźć atmosferę praskich Hospudek. Jadłam tam kolację z czeskim zespołem folkowym Czechomor. Panowie byli zachwyceni. I atmosfera i jedzenie okazało się znakomite. Ja bywam tam czasami przez sentyment dla moich czeskich przyjaciół i wiele miesięcy spędzonych w Barrandovie.


A Ludwik Waryński i jego ulica? Zubożały szlachcic z terenów dzisiejszej Ukrainy. Jego ojciec, pomagał uczestnikom powstania styczniowego i poniósł za to konsekwencje. Ludwik studiował w Petersburskim Instytucie Technologicznym, brał udział w zamieszkach i w 1875 r. został usunięty ze studiów. W Warszawie studiował w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa oraz zatrudnił się jako ślusarz w fabryce Lilpopa. Z powodu nękającej go policji carskiej, musiał uciekać. W październiku 1878 r. działał już we Lwowie i Krakowie. Założył sieć tajnych kółek socjalistycznych, był więziony ponad rok, a potem wydalony z Austro-Węgier. Zamieszkał pod Genewą. Pracował nad programem polskich socjalistów, który nazwano brukselskim. Powrócił do Królestwa i w 1882 r. założył partię Proletariat. Wydawał nielegalną gazetę. W pierwszym numerze znalazła się Warszawianka 1905 (sł. W. Święcicki, muz. na podstawie Marsza Żuławów J. Pławiński), która powstała w 1879 r. w Cytadeli Warszawskiej. Po raz pierwszy zaśpiewano ją na demonstracji w 1885 r., a nazwę zawdzięcza rewolucji 1905 r., kiedy uznano ją za hymn robotników. Waryński, komunistą nie był, ale idee socjalistyczne bywają bliskie wielu współczesnym działaczom i to różnych partii politycznych. 


Ludwik Waryński w 1883 r. sam trafił do X Pawilonu warszawskiej Cytadeli. Na rozprawę czekał 2 lata. W tym czasie ułożył Mazura kajdaniarskiego. Tę pieśń wykorzystałam w opracowaniu muzycznym filmu Mięso ( ronica) (reż. P. Szulkin, 1993). I to był dopiero film. Trwa tylko 26 minut, ale dzieje się w nim niezwykle wiele. Zdjęcia trwały dobę, ale także o tym co się zdążyło wtedy wydarzyć, można opowiadać przez wiele dni i nocy. Była to niezwykła wprost operacja logistyczna i wysiłek ogromny. 


Pod Halą Mirowską ekipa pojawiła się ok. 4.00 rano. Przed handlarzami, którzy wokół Hali rozkładali swoje kramy z mięsem. Świtało. Pierwsze sceny (ogłoszenie stanu wojennego) nakręciliśmy właśnie wtedy. Cały dzień uwijaliśmy się pomiędzy kramami i oblegającymi je klientami. Mieliśmy kilka własnych filmowych stoisk, w których powstawały sceny aktorskie oraz swoich przebranych za kupujących statystów. Pilnowaliśmy też ze zdwojoną siłą sprzętu, bo w takich miejscach pracowali wytrwale kieszonkowcy i nie tylko. A kiedy tłum i handlarze udali się do domów, mieliśmy szybko dokręcić kilka scen i zakończyć akcję. 


Tak się jednak nie stało…. Nagle nie wiadomo skąd pojawiły się czarne chmury i lunął deszcz. Od wody zaczęły pękać rozgrzane lampy, sprzęgała się aparatura playbackowa. Chroniliśmy deski, bo czekała nas jeszcze scena stepowania (a w niej Jarek Staniek nasz choreograf). I tak walcząc z żywiołem dopracowaliśmy do 4.00. Do dziś pamiętam jak zdejmując ubranie stwierdziłam, że nie mam na sobie nawet 1 suchego centymetra materiału. Na szczęście wszystko się udało, nikt nie zachorował, ale spędziliśmy pełną dobę na zdjęciach. Zresztą krajobraz po burzy w wieczornych zdjęciach prezentuje się świetnie. 


Cytując portal www.filmpolski.pl: film zawiera przekornie złośliwy komentarz do narodowego myślenia i mówienia o losach kraju i Polaków… …koturnów, namaszczenia, świec, kirów i symboli. Punktem wyjścia tych rozważań czyni rzecz najbardziej niepoetycką z możliwych: mięso… które …było w PRL zawsze „surowcem strategicznym”. Podwyższenie jego cen kończyło się niejednokrotnie zmianą ekipy rządzącej. Film …brawurowo łączy rozmaite konwencje filmowe… … Wszystko jest stylizowane „pod epokę”, której dany epizod dotyczy… …Twórca żongluje symbolami, kpi ze świętości.


Ale zanim zaczęły się zdjęcia, razem z reżyserem przepracowałam wiele godzin, w jego niedokończonym domu, również w niezwykle pionierskich warunkach. Mieliśmy DAT (ja) i Mini Disc (Piotr). To były nasze bazowe nośniki. Bo film był oczywiście muzyczny. Wybieraliśmy (wymyślaliśmy) utwory, ja zdobywałam nagrania. Wśród tych nagrań była duża konkurencja, bo my potrzebowaliśmy nagrania szczególne, najlepiej karykaturalne. Trochę się za tym nabiegałam. Nie było jeszcze praw wykonawczych i producenckich, ale i nasze płytoteki były skromne, a dostęp do nagrań ograniczony. Układaliśmy je do scenariusza i odwrotnie z playbackami mierzyliśmy sytuacje i dialogi. 


W nawijarni kaset (kto to dziś pamięta?) zamówiłam specjalne krótkie kasety magnetofonowe, tak, że każdy wybrany utwór miał swoje indywidualne (ekskluzywne) kopie. Oczywiście bardzo dokładnie opisane, żeby nikomu nic się nie pomyliło. Piotr zdobył gdzieś neseserki plastikowe, w których mieściło się 10 kaset, a ja miałam swój neseser, popularnie nazywany kaloryferem, w którym nosiłam bezpiecznie wszelkie nośniki, odtwarzacze i kable. Neseserki przechowywałam przez wiele lat w firmie, a Piotr zgłaszał się po nie ilekroć coś robiliśmy (Kariera Artura Ui) i póki nie zmieniły się obowiązujące nośniki. 


Wtedy, neseserki trafiły do głównych realizatorów i wykonawców, a przede wszystkim mógł uczyć swój balet Jarek Staniek. Ale nie tylko on. Już pierwsza panorama do Preludium F. Chopina pokazuje, że naszym playbackiem bardzo przejął się operator Darek Kuc. Natomiast ja z Jarkiem i jego bratem wsławiliśmy się także jako imitatorzy dźwięku, czyli wykonaliśmy efekty synchroniczne do całego filmu oraz jako chór śpiewający Polkę Straussa. W filmie pojawia się Marsz Radosny Grzegorza Fitelberga. Zakonnice i oddział ZOMO tańczą do Marsza Radetzkiego Johana Straussa ojca. Jest Cwałowanie Walkirii i Polka młyn Johhana Straussa syna. Preludium h moll Fryderyka Chopina (prolog i finał), Brzydula i rudzielec w wykonaniu Marii Koterbskiej i baletu. Marsylianka Mazur Kajdaniarski. Jest to wykonanie dostojne, z wielką orkiestrą symfoniczną i nie mniejszym chórem. Czysty patos i tak poszukiwana karykatura. A my wracamy do autora utworu, Ludwika Waryńskiego.


Został skazany na 16 lat katorgi. Zmarł na gruźlicę w 1889 r., w wieku 33 lat w twierdzy Szlisselburg, koło Petersburga. Poświęcono mu wiele wierszy, sztuk teatralnych oraz książek. Najbardziej znana, bo podobnie jak Mazur kajdaniarski obowiązkowa dla mojego pokolenia w szkole jest Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego (W. Broniewski), którą nie zważając na powagę postaci i sytuacji wykonywaliśmy jako piosenkę dziadowską według własnego pomysłu, z refrenem Ciuralla la, podobnie jak w piosence Wszystkie rybki śpią w jeziorze. Najbardziej pasowała do zwrotki kończącej się …dobiega go śpiew towarzyszy


T. Hołuj napisał o nim powieść Róża i płonący las. Na jej motywach powstał film Biały mazur (reż. W. Jakubowska, 1978) we współpracy z Wytwórnią Mosfilm i przy współudziale radzieckich towarzyszy. To jedna z tych słusznych, komunistycznych produkcji o której istnieniu świat zapomniał jeszcze przed premierą, ale zrobiona z ogromnym rozmachem. Nie uczestniczyłam w jej powstawaniu. Pewnie i całe szczęście. W tym czasie nie zawsze mieliśmy wybór, choć ja zawsze bardzo o to zabiegałam. 


Z boku obserwowałam też inną wielką koprodukcję wszystkich krajów obozu socjalistycznego (Polska, ZSRR, Czechosłowacja, Bułgaria, Węgry, NRD) pod wiele mówiącym tytułem Komuniści. Wiedziałam o niej, bo kierownik produkcji J. Rutowicz poprosił mnie kiedyś o nuty i teksty kilku polskich piosenek ludowych. Widziałam, będąc w Łodzi, że nagrywane są polskie postsynchrony i dubbingi. Było też polskie zgranie, a wszyscy, którzy mieli z filmem kontakt byli zakłopotani jego treścią i wymową. Była to apoteoza towarzysza Breżniewa (I sekretarz KPZR, 1964 – 1982), który całe życie miał problem, że nie był frontowym żołnierzem, a politrukiem i chciano dla potomnych to zmienić. 


Znalazłam to dzieło w www.filmpolski.pl. Okazuje się, że to był serial fabularny. Jego ostateczny tytuł Wiernymi ostaniemsja (Pozostaniemy wierni, reż. A.Maliukow, 1988), a ja nawet figuruję w napisach (och! te piosenki ludowe). Ekipa polska jest szczątkowa, a więc pewnie potrzebowali nazwisk żeby było, że współpracowaliśmy. Nie ma streszczenia i pewnie nie chcę wiedzieć o co w całości chodziło. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek ktoś odważył się wyświetlić taki serial w polskiej telewizji. Ciekawe, kto postanowił wystawić Breżniewowi pośmiertny pomnik? A może przy okazji wystawiał go i sobie?


W Warszawie stoi pomnik Ludwika Waryńskiego, popiersie wykonane z brązu i osadzone na granitowym cokole (autor K.G. Zemła). Od 1974 r. stał przed biurowcem zakładów Bumar-Waryński na Woli. W 2006 r. trafił do magazynów. O jego powrót starali się działacze SLD i Unii pracy, popierał inicjatywę K. Marcinkiewicz, sprzeciwiali się radni PiS. W 2013 r. pomnik ustawiono na rogu Bema i Kasprzaka. Można więc przypuszczać, że na razie i warszawska ulica Waryńskiego jest niezagrożona. W innych miastach jest różnie. W okresie PRL jego imię nosiła ulica św. Gertrudy w Krakowie. Na Jeżycach w Poznaniu jest plac, ale dyskutowana jest zmiana nazwy na dr Wandy Błeńskiej. Ludwik Waryński jest od 1920 r. (z przerwą w latach 1955–1991 !!!) patronem ulicy na Kozinach w Łodzi. Jego imię noszą również ulice w Bielsku-Białej, Bolkowie, Busku-Zdroju, Czechowicach-Dziedzicach, Gdańsku, Kołobrzegu, Kowarach, Pruszkowie, Suwałkach, Ząbkowicach Śląskich.


Natomiast film Mięso Piotra Szulkina obsypał grad nagród (1994 Oberhausen – Wielka Nagroda i nagroda FIPRESCI; Kraków – Srebrny Smok; Keszthely – Główna Nagroda w kategorii filmu eksperymentalnego i nagroda dziennikarzy; medal miasta Montecatini), a reżyserowi i nam obiecano realizację dwóch pozostałych części filmu do których istniały już scenariusze. Nigdy do tego nie doszło. A teraz, kiedy zabrakło Piotra, tym bardziej się już nie uda. Smuteczek pozostał.

Close Menu