Studio Sonoria

Ile waży koń trojański?

Ile waży koń trojański?

Dobre pytanie i oczywiście jedno z tych na które nie ma dobrej odpowiedzi. Takie pytania zdarza się zadawać dzieciom i wprawiają wtedy dorosłych w spore zakłopotanie. W rodzinnych annałach zapisano taki mój występ, z lat 50. Jechałam tramwajem z rodzicami. Zaintrygował mnie pewien pomnik, a więc zaczęłam się dopytywać kto to. Padła szybka odpowiedź – Feliks Dzierżyński i już pasażerowie zaczęli z uwagą śledzić naszą konwersację. Wtedy zadałam pytanie dobijające – a co on zrobił, że on tu stoi? Akurat tramwaj zatrzymał się na kolejnym przystanku, więc rodzice ze mną opuścili go pośpiesznie. No i nigdy się nie dowiedziałam.

Plac nazywał się Bankowy, a okresowo (1951 – 1989) Dzierżyńskiego.  Pytanie było trudne, bo przecież, już z ustawieniem pomnika były jakieś kłopoty i sama ceremonia się opóźniła, a kiedy pomnik odsłonięto (w 1951 lub 52 roku), nieznani sprawcy malowali mu w nocy ręce farbą na czerwono. Musiano od razu postawić rusztowanie i rozpocząć jakieś renowacje. Ja tego nie wiedziałam, bo skąd. Nie podano tego do publicznej wiadomości, a Radio Wolna Europa jeszcze nie nadawało. A zresztą miałam ze trzy lata.

A teraz on tam nie stoi. Wracając z Januszem Majewskim z nagrania muzyki do serialu Napoleon (muz. Wojciech Kilar) w Katowicach, poprosiliśmy żeby nas taksówkarz tamtędy przewiózł. I udało się. Widzieliśmy jak, jak wśród wiwatów i oklasków, zdejmowany z cokołu pomnik stracił głowę. Jednak jakoś go spartaczyli ci komuniści (rzeźbiarz Zbigniew Dubajewski). Miał być odlany z brązu, a ostatecznie był z betonu i tylko pokryto go cienką pobrązowioną blachą. A podobno był taki ważny. Powstał nawet o nim film dokumentalny:  Reportaż z życia pomników (1990).

Na Placu Bankowym stoi teraz pomnik Juliusza Słowackiego (od września 2001), ale ani na tym samym postumencie, ani nawet nie w tym samym miejscu. Jest to odlew w brązie modelu pomnika przygotowanego w 1932 r. prze Edwarda Wittiga, dla Lwowa. Niestety, tak na oko, jest do krwawego Feliksa podobny. No, płaszcz ma dłuższy.

A koń trojański? To tytuł filmu Julka Machulskiego (2008), jednego z serii tych o niespodziewanych zmianach czasu, czyli teleportacji. Podobno jest to komedia romantyczna, ale chyba można z tym stwierdzeniem polemizować. Akcja filmu rozpoczyna się w sylwestra 1999 r. Są to w 40. urodziny głównej bohaterki. Zosia ma pretensje do losu, że nie poznała Jakuba, zanim zaszła w ciążę z Darkiem. Nad grobem swojej ukochanej babci pochopnie wypowiada życzenie: chciałaby się cofnąć w czasie, by inaczej ułożyć swoje życie. 

Następnego dnia Zosia budzi się w swoje imieniny w 1987 r. Jest 13 lat młodsza, córki nie ma jeszcze na świecie, babcia Zosi żyje, a Polska tkwi po uszy w PRL. Jest przerażona widząc Darka, ale skoro przeniosła się w czasie, postanawia działać: chroni swoją ukochaną babcię przed śmiertelnym wypadkiem, a przyjaciółkę przed nieudanym związkiem. Sama chce jak najszybciej związać się z Kubą. Kiedy po wielu perypetiach powraca do współczesności, jest w ciąży z Kubą, a jej babcia żyje.

Przygotowując warstwę muzyczną filmu, natknęliśmy się na mnóstwo różnych problemów. Będąc na stypendium w USA, reżyser kupił na stacji benzynowej płytę jakiegoś gitarzysty. No i chętnie nadal jej słucha. To nie był nikt u nas znany, a zaczęliśmy zabiegać o prawa, jeszcze przed zdjęciami, więc wydawało się, że muzykę ilustracyjną mamy. Oczywiście okazało się, że to jednak jest ktoś w innych krajach rozpoznawalny, a nawet koncertujący w Europie, ale za to mocno konfliktowy. 

Swoje utwory ma i Sony i EMI, ale nikt nie ma kompletu praw, a na samą myśl, że trzeba to uzgadniać, także z naszym gitarzystą, oba koncerny się poddały z hasłem: od dawna nie mamy z tym facetem nic wspólnego. Wynajęliśmy nawet amerykańską agencję (podobną do mojej), żeby nam te prawa pozbierała, ale po dwóch miesiącach państwo się poddali. Gitarzysta nie dawał żadnych szans na porozumienie. Może dobrze, bo muzyka, którą napisał Jacek Królik jest naprawdę dobra, a przy okazji nasza i oryginalna. Od Jacka dostaliśmy też piosenkę wokalistki jazzowej Krystyny Stańko Sami sobie.

To była jednak tylko połowa sukcesu. Chcieliśmy zaznaczyć zmianę czasu, czyli także muzyka miała być, w sposób zauważalny inna i właściwie się kojarząca. Wszyscy (którzy mieli szansę to pamiętać) zgłaszaliśmy swoje ulubione piosenki z 1987 r. i okolic i w ten sposób powstała playlista, z której wybieraliśmy piosenki do ilustracji naszych filmowych scen. 

To, co ostatecznie się w filmie znalazło (hitów jest 11), to wybór z rzeczy dostępnych cenowo, ale i możliwych do pozyskania. Uzupełniłam je o drugie tyle utworów instrumentalnych z fonoteki, stylizowanych na czasy i miejsca o których opowiadamy (restauracja japońska). Byłam dumna, bo wybór wydaje się niebanalny, ale też nikt z nas na szczęście banalnej muzyki nie słuchał. Są aż trzy utwory zespołu Maanam, w tym moja ulubiona Róża, Kasia Nosowska, ale także tak silne znaki czasu jak Tilt, Daab, Perfect, Lady Pank czy Combi. Jest także Maryla Rodowicz, jako zjawisko, które towarzyszyło nam przez całą epokę.

Lata komunizmu, są niewyczerpanym źródłem komediowych tematów i wtedy (min. S. Bareja, S. Tym) i teraz. Absurdy niesie w sobie sam ustrój, ale też zmieniła się nasza mentalność. My inaczej patrzymy na tamte czasy i to jest dodatkowy element komiczny. Nasza bohaterka wie co będzie w przyszłości, wie jak może być inaczej, a więc zderza się z mnóstwem sytuacji, w których jest kompletnie niezrozumiana.

Ja szczególnie lubię scenę prywatki (w latach 80), na którą Darek i jego wspólnik zapraszają swoich ewentualnych szwedzkich partnerów. Mają świetny pomysł, który jeżeli by się udał, „to zamiast do Janek jeździli byśmy do Łomianek”. Transakcja nie dochodzi do skutku, bo polscy businessmani opowiadają o swoich sukcesach w oszukiwaniu Szwedów w czasach, gdy jako studenci jeździli tam zarabiać. Dla ich partnerów jest to opowieść dyskwalifikująca ich jako ludzi uczciwych.

Pamiętam swoje szwedzkie przygody o podobnym charakterze. Podróżowałam mini Morrisem, z moim szwedzkim przyjacielem, po północnej Szwecji. Zatankowaliśmy samochód, on podjechał umyć szyby i sprawdzić ciśnienie w kołach, a ja zostałam wysłana do kasy. Stacja była ogromna. Dystrybutorów ok. 30, do tego sklep, kawiarnia, bar przekąskowy, pokoje noclegowe, prysznice i sauna. Wszystko obsługuje jeden człowiek.

Logiczne, bo czasem przez pół dnia nie ma żywej duszy. Ale akurat teraz ludzi było więcej, kanapka, kawa, jeszcze jeden herbatniczek, no i zwalniamy pokój, proszę sprawdzić jak pięknie posprzątane (w Szwecji pokoje się sprząta, albo płaci drugie tyle). Odczekałam sporo czasu, zanim udało mi się zapłacić tylko za benzynę i wróciłam do samochodu wściekła, bo mieliśmy przed sobą 1000 km.


Przecież on nad tym nie panuje. Mogliśmy się zatankować i odjechać, podobnie jak te pięć pozostałych samochodów, bo on tam te ciastka, kawki, sprzątania. Nawet by nie zauważył. I dalej w tym stylu. Nagle mój Szwed stracił zdolność rozumienia w obcych językach. Co ty mówisz? Każdy może sobie wziąć co potrzebuje, a on tylko przyjmuje wpłaty. Nikogo nie musi pilnować. 


Rzeczywiście, jeździliśmy po terenach, gdzie na boku drogi stały stojaki z gazetami. Były ceny i miseczka na pieniądze. Można było zwiedzać, były foldery i pocztówki i znowu to samo. Nie zamykaliśmy samochodu, a nawet domu, który stał w szczerym polu (cała miejscowość składała się z 8 domów rozrzuconych po dużym terenie), zostawialiśmy wieczorem zapalone lampki w oknach. 


Na północy życie jest trudne, a warunki klimatyczne dla człowieka nie przyjazne. Ktoś może potrzebować pomocy, jedzenia, noclegu, gorącego napoju. On skorzysta, sprzątnie i zostawi pieniądze. Pewnie na tej stacji benzynowej, pokoje noclegowe były dostępne całą dobę, podobnie kawa i kanapki. Można zostawić pieniądze, lub rano zapłacić. 

Krytycy o filmie wypowiadali się różnie, ale publiczność głosuje nogami, więc wiadomo, że frekwencja była znakomita, a w pierwszy weekend na filmie było ponad 150 tys. widzów. Były Orły za drugoplanowe role Danuty Szaflarskiej i Roberta Więckiewicza, a przede wszystkim Orzeł za dźwięk 2008, dla Marka Wronko.


Przy filmie pracowało się jak zawsze spokojnie i radośnie, chociaż spotkało nas także niezwykle smutne wydarzenie. Akurat pracowaliśmy nad podkładaniem muzyki. Julek był w Gdańsku i miał dojechać za kilka dni, gdy dotarła do nas wiadomość, że zmarł jego Ojciec, Jan Machulski. Reżyser dedykował swój film właśnie Tacie.


Otwarte pozostaje tylko pytanie, czy skoro Julek tak dobrze zna tajniki kobiecej duszy, to przypadkiem, tak jak Kopernik i Curie-Skłodowska, chociaż chwilami jest kobietą.

Close Menu