Listy z Triestu. O dźwiękowej literaturze i filmowym kontrapunkcie

Listy z Triestu. O dźwiękowej literaturze i filmowym kontrapunkcie

Dzień trzydziesty piąty aresztu domowego. Ciągle ten sam widok z okna na zieleniejące podwórze i ogródki i na pustą autostradę. Cisza, nawet psy nie szczekają, bo po co. Słyszę ćwiczącego w sąsiednim domu puzonistę i robi się swojsko, nasi się wirusowi nie dają. Wolno pójść po zakupy żywnościowe i do apteki, wszystkie inne sklepy i usługi pozamykane. Fatalnie, bo skończyłam właściwie wszystkie książki jakie miałam w zapasie, zostały mi tylko Księgi Jakubowe do których nie mam odwagi podejść. Jedyna nadzieja, że duży supermarket może coś czytalnego mieć w jakimś kącie…

No więc maseczka, rękawiczki, żel dezynfekujący do torebki i ruszam. 

Ludzi mało, posuwam się wzdłuż półek korytarzem, który wydaje się nie mieć końca. Żywność świeża, żywność paczkowana, wina, napoje, chemia domowa, kosmetyki, bielizna.. Stop! Wejście do części z ubraniem zamknięte biało-czerwoną taśmą. To samo przy gospodarstwie domowym i sprzęcie elektronicznym. Moja nadzieja na coś do czytania słabnie, ale nie daję za wygraną i idę dalej. I jest! Żadnej taśmy zagradzającej wstęp, stoi kilka półek ze słowem drukowanym. Ale na co tu liczyć? Książka kucharska, podręcznik przeżycia z nastolatkiem w domu, rośliny doniczkowe… Kryminały? Owszem, najlepiej w wydaniu kieszonkowym, za parę euro, bo to do jednorazowego użytku. Skandynawowie? Nie, dziś czas na klasykę. Dwie Elizabeth George, Lee Child. Aż tu widzę i wierzyć mi się nie chce: Irène Némirovsky, w jednym tomie cztery opowiadania – krótkie powieści, których nie znam. Kryzys abstynencji zażegnany.

Drugie z rzędu, to opowiadanie Film parlè (tytuł oryginalny), co w tłumaczeniu dosłownym znaczy film mówiony, ale lepiej brzmi po polsku film dźwiękowy. I lepiej oddaje treść opowiadania. 

Język Irène Némirowsky jest szczególny, bogaty, precyzyjny, plastyczny, zdarza się, że w trakcie czytania prawie czuje się kolory i zapachy. W języku włoskim istnieje przymiotnik camaleontico, od camaleonte – kameleon, i oznacza coś, co zmienia się błyskawicznie dostosowując się do okoliczności. Taki jest ten jej język, inny dla innego miejsca, innego bohatera. Film dźwiękowy nie mówi o filmie. Jest filmem. Jak dobry scenopis gotowy do realizacji, a jeszcze lepiej dźwiękopis, rozwija narrację dźwiękiem, atmosferami, efektami. Oczywiście są i dialogi, które posuwają akcję do przodu, opisy okoliczności i scen, ale dominuje to, co słychać, monotonny deszcz, kroki, otwarcie drzwi…; jest nawet moment przenikania ze snu bohaterki, poprzez brzmienie dzwonów kościelnych do sceny następnej rozgrywającej się na rynku prowincjonalnego miasteczka. I opowiadanie to zostało napisane w roku 1934 kiedy film dźwiękowy przechodził zaledwie pierwszą młodość, ledwie wyszedł z przedszkola. Nie, nie będę opowiadać treści i nie chcę się powtarzać w opisach. Za to polecam do przeczytania, bo wrażenie jakie się odnosi nie ma równych.

Z racji przymusowego siedzenia w domu obejrzałam dziesięć odcinków, jeden za drugim, serii The New Pope reżyserii Paola Sorrentino. To ten sam reżyser, co w roku 2014 nagrodzony został Oskarem za film La grande bellezza. Pięćdziesięciolatek, w pełnym rozkwicie twórczym, jest najbardziej interesującą indywidualnością w filmie włoskim. Współczesna kinematografia włoska bowiem nie jest zbyt ciekawa. Uważam, że brakuje jej większego oddechu, wartości uniwersalnych, oderwania od realiów lokalnych. A już szczególnie komedia, commedia all’italiana, oparta na humorze sytuacyjnym raczej mnie nie śmieszy, wyrosłam może z obrzucania się tortami lub przyprawiania rogów na różne sposoby… W tej sytuacji pojawienie się twórcy wrażliwego i oryginalnego jest wielkim wydarzeniem.

Kilka lat temu po obejrzeniu jego oskarowego filmu pomyślałam natychmiast, że Sorrentino, to nowe wcielenie Federico Fellini’ego, coś tak, jak w przypadku Mozarta i Rossini’ego, może reinkarnacja, może nieślubne dziecko… Aluzji  do 8 i pół nie brak, to samo spojrzenie estety, obraz, ujęcia zapierające dech w piersi. Czyli po prostu wielkie piękno – la grande bellezza. I nie tylko to, ma się wrażenie, że twórca operuje środkami jakie ma do dyspozycji z pełną świadomością i dzięki temu uzyskuje efekt lekkości i nonszalancji. Także filmowa muzyka jest niebanalna. Ciekawostka: znalazłam m.in. Dies Irae Zbigniewa Preisnera oraz Adagio z Symfonii C-dur Henryka Góreckiego. 

W dwa lata później pojawiła się Youth – La giovinezza, czyli Młodość. Siłą rzeczy gdy główny bohater filmu to kompozytor, film staje się filmem muzycznym.

Mowa jest tam o wszystkich najważniejszych ludzkich problemach, o śmierci, miłości, o tworzeniu, o marzeniach.. I pomimo niesłychanej powagi tematów film jest lekki, chwilami groteskowy, wzruszający i zabawny. Ja mam przed oczami dwie scenki, nie pierwszoplanowe ale oddające klimat filmu. Nasz bohater – kompozytor słyszy małego chłopca jak ćwiczy na skrzypcach i pyta go, czy wie, kto napisał utwór, który właśnie grał. Chłopiec nie wie, więc mu mówi: To ja go napisałem. Chłopiec w odpowiedzi rzuca mu spojrzenie typu nie nabieraj mnie, za kogo mnie bierzesz, komu chcesz wmawiać takie niedorzeczności. Przecież kompozytorzy nie żyją, a jeżeli już, to na pewno nie są zwykłymi ludźmi

Druga zaś, ciągle z udziałem naszego bohatera, rozgrywa się na skraju wielkiej, pustej polany. Znajduje się on tam sam i zaczyna eleganckim, miękkim gestem dyrygować odgłosy natury jak orkiestrą. I te efekty słuchają go, wykonują co każe, ptaszki wchodzą po prawej, krowie dzwonki po lewej stronie, wyciszenie idzie za ruchem ręki. Przez chwilę bawimy się dźwiękiem i przestrzenią, nasz bohater i my, widzowie – słuchacze.

Wśród różnobarwnych postaci drugoplanowych w Youth przewija się dziwny typ, wyraźnie przypominający Diego Armando Maradonę, podstarzałego i schorowanego. Także podczas wręczania Oskarów Sorrentino wspomniał i dziękował Maradonie jako jednemu ze źródeł jego inspiracji. Skąd ta obsesja?  Okazuje się, że to sprawa niebłaha. Tak Sorrentino wyjaśnia to w jednym wywiadzie, opowiadając co się wydarzyło kiedy miał lat 16:

Mnie Maradona uratował życie. Od dwóch lat prosiłem ojca, żeby pozwolił mi pojechać na mecz drużyny Neapolu kiedy grała w innym mieście, zamiast spędzać weekend w górach, w domku należącym do mojej rodziny w Roccaraso. Odpowiadał mi zawsze, że byłem jeszcze za mały. Tym razem nareszcie otrzymałem pozwolenie na wyjazd: mecz Empoli – Napoli. Zabrzęczał dzwonek, odezwał się portier. Myślałem, że chciał mnie uprzedzić, że przyjechał po mnie mój przyjaciel. Lecz nie, zawiadamiał mnie, że zdarzył się wypadek. Tata i Mama zmarli podczas snu. Z winy zepsutego piecyka. Zatruci tlenkiem węgla.

W telewizyjnych serialach o Watykanie Maradona nie pojawia się osobiście, lecz kardynał Voiello, jedna z kluczowych postaci, szara eminencja, która za kulisami o wszystkim wie i o wszystkim decyduje, poza wiarą w Boga jest wyznawcą – kibicem drużyny Neapolu.

Ale tu zróbmy trochę porządku. Otóż seriale watykańskie są jak na razie dwa. The Young Pope z 2015 r. i The New Pope z 2020. Pierwszy rozwija się wokół pontyfikatu papieża Piusa XIII-go. Obserwujemy jak dochodzi do jego wyboru ze wszystkimi zakulisowymi podchodami, bo zawsze można kogoś przekupić, kogoś innego zaszantażować, a poza tym takim młodym Amerykaninem na pewno da się łatwo manipulować. Nic bardziej mylnego. Raz u władzy rządzi żelazną ręką, czym stwarza sobie wielu możnych nieprzyjaciół. Jest pełen sprzeczności, ale i uduchowienia, jakby miał gorącą linię bezpośrednio go łączącą z Najwyższą Instancją w niebie.

Przez drugą serię papieży przewija się aż czterech. I znów obserwujemy jak funkcjonuje aparat państwa watykańskiego, ile w nim walki o władzę, ile korupcji, powiązań z polityką, życia w luksusie i rozpuście. Ale to są rzeczy o których, może półgłosem, ale się mówi. Jest inny aspekt tej rzeczywistości nie do końca postrzegany. Bowiem Watykan to świat bez kobiet. Włoskie przysłowie mówi, że nie może być dwóch kogutów w kurniku. A tu mamy samych kogutów skaczących sobie do czubów, to już nie kurnik ale kogutnik. Co za tym idzie system wartości jest przegięty, nastawiony na starcie, konflikt, dominację jednego nad drugim, wygrywa silniejszy. Brak tego, co kobieta wnosi z racji swojej natury: umiejętność współpracy, pomocy, empatię, altruizm i wiele innych zalet o których nie wspomnę… Wśród mieszkańców tego świata kobieta widziana jest jako mroczny obiekt pożądania lub też wręcz przeciwnie – zupełnie niezauważana, choćby dlatego, że wielu kardynałów to homoseksualiści. Jedyne kobiety, siostry z zamkniętego zakonu żyjące na terenie Watykanu są traktowane jako bezpłatne służące. Oraz jak powietrze.

W okresie poprzedzającym Wielkanoc telewizja włoska regularnie nadawała transmisje mszy celebrowanych przez papieża. W Palmową Niedzielę odprawiano mszę w Bazylice Św. Piotra. Brało w niej udział nie więcej niż dwadzieścia osób z chórem włącznie. Stworzyło to atmosferę surrealistyczną. Na tle harmonijnego, pięknego wnętrza kościoła odgrywał się rytuał, powolny, dobrze znany i w ten sposób dający poczucie bezpieczeństwa. Uderzały symetrie i równowaga architektury, dopiero po pewnym czasie dostrzegało się ogrom bazyliki, pustkę wokół maleńkiej grupki maleńkich postaci. Widzę dużą analogię między taką właśnie konstrukcją architektury i wystroju wnętrza a obrazem w filmach Sorrentini’ego. Autorem zdjęć jest zawsze Luca Bigazzi. W serialu The New Pope każdy kadr mógłby być dziełem malarskim lub częścią ołtarza z racji takiej właśnie wyrafinowanej kompozycji. Ale podczas oglądania telewizyjnej mszy dotarło do mnie, że w filmowym dźwięku, w przeciwieństwie do patosu tego, co widać, dzieje się coś zupełnie innego. Nie ma dźwięku oczywistego: żadnej liturgii w tle, muzyki organowej, atmosfer przestrzennych. W przerwie konklawe jeden z kardynałów brzdąka na gitarze banalną pioseneczkę. W czołówce (kościół, ten prawdziwy, mocno protestował), młodziutkie zakonnice tańczą jakiś wyuzdany taniec pod psychodeliczną muzykę Sofi Tukker. W pierwszej zaś serii młody, bardzo przystojny papież przechadza się wzdłuż galerii dzieł sztuki w rytm muzyki Jimi Hendrixa. Muzyka, taka właśnie odstająca, brzydka, nowoczesna, taka, którą nastolatki słuchają na słuchawkach, stale prowokuje, przypomina dwoistość, jeśli nie wielowymiarowość, naszej rzeczywistości. I uświadamia jej banał oraz inną, wielką prawdę życia, którą emigranci jak ja odkrywają na własnej skórze: nie ma rzeczy oczywistych ani wartości absolutnych. Dramat łatwo staje się banalny, cnota zmienia się w grzech, nieszczęście w radość.

W tym wszystkim Sorrentino nie boi się happy end-u. Jakby nam tłumaczył, że niepodobna zbawić świata i rozwiązać jego problemy epokalne na zawołanie. Ale zawsze można zabiegać i doświadczyć małego, indywidualnego szczęścia, znaleźć miłość czy słuszną drogę postępowania. Amen.

Historie watykańskie mają stworzyć trylogię (albo tryptyk), czekamy więc na następny, trzeci serial. W międzyczasie, wiadomość z ostatniej chwili, Sorrentino zabiera się za kręcenie nowej fabuły w swoim Neapolu. I Diego Armando Maradona, ten prawdziwy, zabronił mu posługiwania się jego nazwiskiem bądź wizerunkiem pod groźbą wszczęcia postępowania sądowego. Jeszcze raz Amen.