Za mundurem panny sznurem

Za mundurem panny sznurem
Muzykanci (1960 r.) - reż. Kazimierz Karabasz

W pewnym sensie to chyba prawda, bo mundur jest ubraniem schludnym, z dobrego materiału, świetnie skrojonym i uszytym. Regulaminy nakazują dbałość o estetykę i higienę, a więc wyczyszczone buty, czyste i odprasowane ubranie, dobrze ostrzyżone włosy, wypielęgnowane dłonie i paznokcie. W tej sytuacji wiele osób, które na co dzień ubierają się niechlujnie, nagle przyobleczone w mundur staje się kimś zgoła innym, odświętnym, ładniejszym, przystojniejszym…

Dla mnie ludzie w mundurach to przede wszystkim orkiestra dęta, którą muszę zorganizować na nagrania i plan do kolejnego filmu, ale przekonanie, że człowiek w mundurze powinien być muzykiem wyniosłam z głębokiego dzieciństwa. Mój dziadek działał w ochotniczej straży pożarnej. Ta straż miała swoją orkiestrę, a orkiestra uświetniała wszelkie miejskie uroczystości i dziadek w niej grał. Znam tę historię tylko z opowiadań, bo cała rzecz działa się pomiędzy wojnami światowymi. W okresie naszej znajomości dziadek wyśpiewywał i wyklaskiwał mi różne tańce i piosenki. Pierwszy zauważył, że mam słuch muzyczny. Był też wielkim kibicem mojej dziecięcej pasji, czyli gry na pokrywkach od garnków, które wtedy były emaliowane lub aluminiowe, a czasem nawet żeliwne. Cóż to była za muzyka, szczególnie, kiedy udało się ukraść jeszcze jakiś tłuczek.

Koledzy w mundurach pojawili się w mojej szkole muzycznej II stopnia. Byli to żołnierze z poboru, którzy umieli trochę grać na przydatnych orkiestrom instrumentach i wykazywali chęć dalszego kształcenia się. Szkoła była popołudniowa, a więc rano wypełniali swoje obowiązki w orkiestrze. Jeżeli mieli braki w wykształceniu ogólnym, to chodzili też do wieczorowego liceum. Jeżeli szło im dobrze, zostawali w wojsku i szkołę kończyli z nami już jako wojskowi zawodowi. Na moim roku było ich kilku i byłam z nimi bardzo zaprzyjaźniona.

Mieszkali w koszarach na rogu al. Zjednoczenia i ul. Żeromskiego, a ja mieszkałam na tejże alei przy ul. Marymonckiej. Byłam w szkole najmłodsza, chodziłam do 7 klasy podstawówki, więc w porozumieniu z moim tatą, zastępowali go odstawiając mnie do domu i meldując paradnie moje dostarczenie. Z wojskiem byłam bezpieczna. Co w zamian? Nie zawsze mogli być na zajęciach, mieli braki, a ja chodziłam do szkoły sumiennie i miałam szczegółowe notatki, co było skarbem, bo książek notorycznie brakowało. Dowódca zaakceptował nasz handel wymienny, a więc mogli przychodzić do mnie po wiedzę, ale też na herbatę i mamine placki lub ciasteczka, co zawsze stanowiło atrakcję. Dla mnie byli dorośli (mieli po 19-20 lat), ale pewnie tęsknili za domem i swoimi mamami.

Mundurowi pojawili się też w mojej uczelni. W 1964 r. założono na Wydziale I sekcję Dyrygentury Orkiestr Dętych i kształcono kapelmistrzów dla takich orkiestr, nie tylko wojskowych, także strażackich, policyjnych, górniczych, kolejarskich, czy tramwajarskich jak w filmie K. Karabasza Muzykanci (1960). Przeważali wojskowi, tyle że różnych specjalności. Sekcją dowodził docent Józef Pawłowski, autor dwutomowej książki o instrumentacji (na zespoły wszelkie). Wojsko dofinansowywało Uczelnię i m.in. zorganizowano wycieczkę do fabryki i muzeum instrumentów dętych w Markneukirchen (NRD). Miejscowość leży w Vogtland (Saksonia) i jest to miejsce, w którym instrumenty powstają od końca XVIII w. Obecnie firma nosi nazwę Buffel Crampon Deutschland GmbH i jest koncernem powstałym z połączenia najsłynniejszych fabryk regionu. Wtedy były to przez jakiś czas firmy państwowe, a część znajdowała się w RFN (NRF) i te miała swoich wielopokoleniowych właścicieli.

Na wycieczkę zabrano dyrygentów orkiestr dętych i ok. 20 osób z wydziałów kompozycji, dyrygentury i teorii muzyki oraz reżyserii dźwięku, w ramach nagrody z dobre wyniki w nauce. Ja znalazłam się w tej grupie, dziś w większości profesorów UMFC, wybitnych artystów i działaczy muzycznych. Znaliśmy się, bo niektóre przedmioty odbywały się wspólnie, ale wycieczka ugruntowała te znajomości i przyjaźnie, które trwały potem przez wiele lat, a nawet do dziś. Odwiedziliśmy m.in Lipsk, Drezno, Weimar. Wszędzie zwiedzaliśmy, ale były też spotkania w bratnich szkołach muzycznych. Mieliśmy swój autokar, jak na tamte czasy komfortowy (wojskowy), wraz z kierowcą (na nazwisko miał Gąska, co nas bardzo bawiło). Mieszkaliśmy w porządnych hotelach, wykupiono nam śniadania i ciepłe kolacje. Poza tym targaliśmy zapas żywności, grzałki termosy i było super.

Szefem eskapady został docent Pawłowski, który ogromnie był przejęty tą naukową misją, no a my… byliśmy na wycieczce. Wiek studentów stacjonarnych wahał się od 20 do 23 lat, wojskowi byli starsi, ale poniżej 30. Za to wszyscy już podoficerowie (kapelmistrz zostawał kapitanem). Często posiadali rodziny. Pracowali w orkiestrach i zespołach (pieśni i tańca) wojskowych. Wyjazd był oddechem od codzienności. Wszyscy mieli ze sobą mundury, chociaż chodzili ubrani i po cywilnemu.

Pierwszy dramat (docenta) rozegrał się, kiedy szalona Gąska, pomyliła na autostradzie drogę i zamiast hotelu w Saksonii, naszym oczom ukazał się napis Jena. Mieliśmy się stawić o określonej godzinie na kolacji. Dotarliśmy dobre dwie godziny spóźnieni. Oczywiście restauracja była zamknięta, ale pokoje czekały i obiecano wydać na śniadanie ekwiwalent kolacji, czyli to czego nie zjemy możemy spakować na dalszą drogę. Hotel piękny, o wystroju przypominającym lata 30. Pokoje duże, dwu i czteroosobowe, wysokie, pokryte zdobnymi tapetami i równie wielkie łazienki, ale (!) wspólne dla dwóch sąsiadujących z nimi pokoi. Natychmiast potworzyły się kółka towarzyskie do wspólnego biesiadowania przy kolacji, a nasz kierownik biegał i próbował zażegnać zgorszenie, którego źródłem mogły być obie niezręczne sytuacje. Mimo dobrej znajomości niemieckiego i polskiego, wszystko na nic. Pewnie całą noc miał koszmary i podejrzenia (orgia w łazience). Nie przyszło mu do głowy, że było bardzo wesoło, ale po kilkunastu godzinach podróży wszyscy zjedli co mogli i poszli spać bardzo szybko, nie interesując się sobą wzajemnie.

Drugi dramat (docenta) to był Lipsk i zielona noc. Nasze zajęcia skończyliśmy dość wcześnie i o 17.00 podano posiłek, a kierownik uważał, że powinniśmy wszyscy natychmiast udać się do pokojów i spać, przed długą podróżą. My jednak wcześniej zauważyliśmy, że w hotelowej restauracji jest dancing, gra kilkuosobowa jazzująca orkiestra, a chłopcy sprawdzili, że za konsumpcję wystarczy wino, piwo lub herbata i pokryje to bilet wstępu. Myśmy chcieli potańczyć i większość wycieczki za chwilę (poza kierownikiem) spotkała się w pięknej, ogromnej sali z parkietem, który można sobie wymarzyć tylko w snach. Wojskowi tym razem byli w mundurach.

Oczywiście dancing był nasz. Obtańczono także wszystkie Niemki, bo mieliśmy niedobory własnych dziewczyn. Tancerze (częściowo zawodowi) robili furorę, instrumentaliści wspomagali taneczny band, który grał wyłącznie dla nas, nasz koncert życzeń. Ludzi przybywało i zrobiło się całkiem tłoczno. Nagle w drzwiach stanął nasz kierownik. Pewnie wracał z wieczornego spaceru, a roztańczona knajpa, z wirującymi w tańcu polskimi mundurami musiały zrobić na nim piorunujące wrażenie. Na naszych stołach prawie nie było alkoholu, a zresztą wszyscy byliśmy na parkiecie. Usiłował zagonić nas do spania, jak na koloniach, ale nawet Niemców rozbawiła ta groteskowa akcja. Wymiana zdań odbywała się po polsku i niemiecku, bo wszyscy dyrygenci obowiązkowo uczą się tego języka, a więc było tym śmieszniej. Poddał się, oczywiście zagroziwszy, że odjeżdżamy punktualnie i jak ktoś się spóźni to go zostawi w Lipsku.

Rok później trafiłam do niego na zajęcia z instrumentacji na tzw. zespoły różne. Nie był to dla reżyserów dźwięku przedmiot główny, ale warto było taką wiedzę posiąść (jestem za nią wdzięczna i jako konsultant muzyczny, bardzo z niej korzystam). Jeden rok uczono nas instrumentacji klasycznej (Lucjan Kaszycki, Zbigniew Rudziński), przez pół roku – aranżacji jazzowej (Mateusz Święcicki) i wreszcie przyszła pora na Józefa Pawłowskiego. Obie z moją przyjaciółką uczestniczyłyśmy w wycieczce do NRD, a więc pan docent miał o nas jak najgorsze zdanie. Sytuację komplikował fakt, że początek zajęć wypadał w terminie Konfrontacji, czyli corocznego przeglądu filmów, które rzadko wchodziły potem na nasze ekrany, a myśmy miały zdobyte z trudem karnety. Oczywiście na pierwszych zajęciach nas nie było. W kolejnym terminie profesor zagadnął o nas pierwszą grupę (fonografia) i usłyszał, że – one chodzą na Konfrontacje, więc pewnie nie przyjdą.

Urażony do żywego takim lekceważeniem, pognał do dziekanatu (dziekanem była wtedy Marita Lipcówna) i zażądał wyrzucenia nas ze studiów, a w czasie naszych zajęć poszedł na obiad. I tu spotkała go klęska. Nas szybko poinformowano o szykującej się aferze, zamieniłyśmy z kimś bilety do kina, na inną godzinę i pojawiłyśmy się na zajęciach. Nieobecność profesora zgłosiłyśmy w dziekanacie. Był remis. W tej sytuacji nastąpił kolejny cios. Profesor zadał nam strasznie trudne i nudne instrumentacje, wczesnych dodekafonistów. Tu przydała się przyjaźń z dyrygentami. Oni takie rzeczy robili na co dzień, a więc w kolejnym tygodniu przymaszerowałyśmy ze znakomicie wykonanymi pracami. A pan Pawłowski przyznał ze wstydem, że uznał nas za leserki, a tymczasem…. instrumentujemy tak dobrze, jak studenci wydziału I (kompozycja, dyrygentura i teoria). Do końca roku korzystałyśmy ze wspomagania, a on pozostawał w zachwycie nad naszymi umiejętnościami i na szczęście nie rozpoznał stylu, czyli autora instrumentacji.

Po zakończeniu studiów każdy udał się w swoją stronę, a ja jako konsultant muzyczny natrafiłam na orkiestrę dętą, którą musiałam nagrać do jakiegoś filmu. Kierownictwo filmu korzystało przy produkcji z pomocy Garnizonu Warszawskiego, a więc tam mnie skierowano z zapotrzebowaniem na instrumentację i nagranie. W Wesołej przyjęło mnie dwóch podpułkowników (kawa po turecku w szklankach, herbatniczki). Jeden z nich podjął się wykonania potrzebnej instrumentacji, ale kiedy doszliśmy do spraw wykonawczych, dyrygowania i organizacji nagrania postanowiono wezwać młodego kapelmistrza.

Pan kapitan zameldował się służbiście, a następnie poprosił o zgodę na prywatne powitanie, czyli wyściskanie gościa, który jest jego koleżanką ze studiów i przyjaciółką. Był to Zbyszek Kuś, także uczestnik NRD-owskiej wycieczki. Od tego momentu miałam już swoją orkiestrę filmową i razem z nim awansowałam później do Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego (min. Chopin. Pragnienie miłości reż. J. Antczak, 2001). Dziś pułkownik Kuś jest już na emeryturze, ale jego, często również emerytowanych muzyków, zatrudniam niezmiennie, np. w Excentrykach (reż. J. Majewski, 2015). Wcześniej mieliśmy mnóstwo wspólnych przygód filmowych, a moje wojsko bywało orkiestrą polską z różnych okresów historycznych, francuską, carską, radziecką, hitlerowską, a także zdrojową, tramwajarską i strażacką. Moim tropem dotarli do Wesołej rekwizytorzy, a więc często pożyczaliśmy buławy, werble, tarabany i inne akcesoria. Radzimy się też w sprawach wojskowo – muzycznych i uzyskujemy bardzo kompetentną pomoc.