Barrandov – Trzy lata z tysiąca

You are currently viewing Barrandov – Trzy lata z tysiąca
Prymas. Trzy lata z tysiąca, reż. Teresa Kotlarczyk

Mówią, że karma wraca i tak najprawdopodobniej jest, chociaż nie zawsze. Mimo, że WFDiF nie bardzo zajmowało się losami swoich byłych pracowników, my poczuwaliśmy się do myślenia o swoim byłym pracodawcy, szczególnie, że każdy z nas spędził w tej Wytwórni wiele lat. Dlatego pod koniec lat 90. przykro nam było, że np. Wydział dźwięku, w którym pracowaliśmy, wygląda jak lej po bombie, a końca remontu nie widać.

Będąc na zgraniu Pana Tadeusza (reż. Andrzej Wajda, 1999), razem z Nikodemom Wołk-Łaniewskim, wpadliśmy na pomysł, zorganizowania wycieczki do studia w Paryżu i przedstawiliśmy go szefowi warszawskiego dźwięku (Wojciech Hamer). Mimo wielu problemów (zgoda WFDiF i pieniądze na przelot i pobyt, zgoda producentów i ich pomoc w przekonaniu studia zgraniowego, że nie jesteśmy groźnym konkurentem dla całej francuskiej kinematografii) wszystko się udało.

Wycieczka była bardzo pouczająca, bo chociaż koproducenci lokowali polskie zgrania w różnej jakości studiach, my byliśmy traktowani po królewsku, a miejsca w których pracowaliśmy (Copra, La Meritur, Joinville) były wyjątkowo nowoczesne i kompetentne. Na pewno wizyta miała wpływ na późniejsze decyzje, jakie podejmowano, budując warszawski wydział dźwięku, chociaż oczywiście w porównaniu z pięcioma salami zgraniowymi i salą do robienia efektów synchronicznych, jakie mieli Francuzi, tylko w tym miejscu (nie jedynym zresztą w Paryżu), my byliśmy małym żuczkiem.

Podobna sytuacja miała miejsce, kiedy zaczęliśmy współpracę z Barrandovem

Wymyśliliśmy (znowu z Nikodemem Wołk-Łaniewskim), że skoro mamy w WFDiF robić negatywy tonu i kopie filmów we wszystkich formatach cyfrowych, to warto, żeby szefowa laboratorium (Małgosia Roguska) i jej technolog, zobaczyli jak to się dzieje u tych co już umieją. WFDiF zgodę na podróż pociągiem i zamieszkanie w naszym skromnym hotelu wydało, szczególnie, że w jedną stronę państwo podróżowali ze mną samochodem (czyli na koszt producenta filmu), więc drogo nie było.

Zgodę dostałam bez problemu od Czechów (szef laboratorium, Aleš Boštička, szef dźwięku Petr Tolar). Jak zwykle oni mają inny sposób patrzenia na świat, więc uznali, że takie spotkanie na pewno kiedyś się przyda. Wszystko to działo się przy zgraniu Prymasa. Trzy lata z tysiąca (reż. Teresa Kotlarczyk, 2000), a Czesi postawili jeden warunek. Miałam robić za tłumacza. Tyle razy zwiedzałam laboratorium z kolejnymi polskimi wycieczkami, że według Aleša mogłam sama wszystkich oprowadzać. Faktem jest, że przyjeżdżały ze mną do Pragi agencje reklamowe, zgrywać dźwięk, ale też robić kopie światłoczułe.

Pobyt zawsze, poza atrakcjami miasta, był okazją do pokazania możliwości hal zdjęciowych, posiadanego sprzętu zdjęciowego i laboratorium. Popularnością cieszył się też Krátký film, czyli wydział filmów rysunkowych i różnego typu animacji. Z tego co pamiętam, Czesi wspomagali jakąś wymyślną reklamę skarpetek, a laboratorium wygrało konkurs na śnieżnobiałe opakowania jakichś kosmetyków, umieszczone na białym tle.

Moja wiedza laboratoryjna, rzeczywiście w tym czasie była w wyjątkowym rozkwicie i to w kilku językach. Byłam na kilku przymusowych wycieczkach w dwóch laboratoriach paryskich (jedno robiło negatyw tonu, drugie kopię wzorcową Pana Tadeusza, reż. Andrzej Wajda, 1999), zanim pojęli, że błąd jest ich i to na poziomie negatywu tonu. Jeździłam do berlińskiej firmy Geyer – Werke, w której robiliśmy negatywy tonu do polskich filmów. Tam również za którymś razem cierpliwie oprowadzono mnie po laboratorium i wydziale dźwięku.

Znałam oczywiście polskie laboratoria (Łódź, WFDiF, Czołówka i TVP Warszawa), których wtedy było kilka, bo nie robiono filmów elektronicznie, a więc każdy drobiazg wymagał wywołania i zrobienia kopii. Do laboratorium Małgosi przyprowadzałam ponad to co roku, studentów reżyserii dźwięku na wycieczkę, a potem poświęcałam cały wykład na dotłumaczenie tego, co udało się zobaczyć.

Konkurenci (Małgosia i Aleš) byli dla siebie mili. Okazało się, że jedna z niezwykle chwalonych przez Czechów maszyn, nie tylko jest polska, ale jej konstruktorem i właścicielem patentu, jest obecny na wycieczce technolog, a więc, gdyby co, to wiadomo jak naprawić i skąd się biorą części zamienne. Tym razem wycieczka była bardzo owocna, ale wyjątkowo długa, bo i pytań było bardzo dużo. Aleš odpowiadał cierpliwie, ale odgrażał się, że na zakończenie potopi ich oboje, w kadziach z chemikaliami, które ma w piwnicy.

Na szczęście tego nie zrobił, bo w przyszłości miało się okazać, że państwo ze sobą współpracowali, a w razie awarii mieli zaprzyjaźnione i pewne miejsce, które robotę wykona dobrze, a klienta nie zabierze. Dał się przekupić wspólną kolacją i wszyscy się zaprzyjaźnili, a to zawsze sprzyja współpracy. Pokazano polskiej wycieczce też hale zdjęciowe, gdzie powstawały jakieś ogromne dekoracje, technikę zdjęciową, czyli wydział kamer, obiektywy, osprzęt i światło oraz oczywiście nową salę zgraniową Europa, w której królowała nasza ekipa.

Zwiedziłam z nimi, a także z Tereską Kotlarczyk i Grażynką Gradoń (montażystką) Pragę, bo to moja druga popisowa umiejętność, a ponieważ wszyscy zgłodnieli i zmarzli wylądowaliśmy na obiedzie w typowej czeskiej hospudce, czyli gospodzie, tawernie, knajpie. Mimo naszych sugestii (Grażynka była już kilka dni) goście zamówili porcje nie sprawdzając ich gramatury. W tej sytuacji my nie zamówiłyśmy nic, mówiąc, że zjemy resztki.

Podano grillowane żeberka, w dwóch całkiem dużych miskach, a do tego miski z wodą i ręczniki do mycia rąk, bo danie najlepiej smakuje jedzone rękami. Chleb i pieczone ziemniaki w mundurkach, do tego jakieś sosy, przede wszystkim ten z czosnkiem. Każda miska zawierała 1,2 kg żeberek, więc spokojnie mogliśmy nakarmić nimi jeszcze ze dwie osoby. Ale doświadczenie, jak wielkie mogą być porcje czeskich posiłków zdobywa się jednak degustując i ucząc się na błędach. Następnego dnia już nie zamawiali na chybił trafił, porcje dla dzieci, albo dla dorosłych na pół.

Praca przy filmie Prymas. Trzy lata z tysiąca była fascynująca

Nie wiem jak to się mogło stać, że Tereska Kotlarczyk nigdy już nie zrobiła wielkiego kinowego filmu, bo oczywiście cały czas istnieje aktywnie w środowisku seriali telewizyjnych (Na dobre i na złe, Egzamin z życia, Samo życie, Miłość na zakręcie). Mówiła wtedy, że seriale nabijają rękę, że ma się więcej pewności, więcej sprawdzonych pomysłów i że porobi trochę te seriale i wtedy zrobi kolejny wielki film. Tak minęło ponad 20 lat. Szkoda.

Nie byłam członkiem ekipy realizatorskiej, a tylko szefem studia, w którym film był udźwiękawiany, a więc siłą rzeczy z jednej strony uczestniczyłam w różnych pracach, z drugiej nie byłam aż tak zajęta, jak wtedy, gdy mam osobiste obowiązki do zrealizowania. Kompozytorem ilustracji muzycznej był Zygmunt Konieczny, a konsultantem muzycznym Marta Broczkowska. Natomiast film był w formacie Dolby Digital, była to sytuacja nowa, a więc wymagała ode mnie dużo więcej uwagi i kontaktów z producentem (Marian Terlecki).

Tydzień przed wyjazdem zorganizowaliśmy w naszym studio projekcję z kompletem materiałów dźwiękowych. Taki mix na żywo. Cięgle nie było gdzie filmów zgrywać, ani pokazać (Czesi w międzyczasie ukończyli cyfrową salę Europa). Wzięli w niej udział także kompozytor, konsultant muzyczny i dystrybutor. Bardzo był to pouczający pokaz. Okazało się, że dźwięku jest za dużo. Jest bardzo pięknie, wszystko świetnie brzmi, ale te same fragmenty pozbawione części dźwięku brzmią lepiej i groźniej.

Nie na darmo starożytni Grecy mówili, że dźwięk to życie, a cisza to śmieć. Cisza to element, który bardzo intensywnie zaznacza swoją obecność i z reguły powoduje niepokój. … jesteśmy zanurzeni w eterze dźwięków i tak naprawdę cisza to tylko pojęcia poetów, pisarzy i głuchoniemych. Cisza nie istnieje. Gdzie nie ma próżni, czyli wszędzie tam, gdzie można oddychać i jest ruch, nie ma ciszy… powiedział Janusz Leon Wiśniewski, polski pisarz i naukowiec (magister fizyki i ekonomii, doktor informatyki oraz doktor habilitowany chemii).

Robert Bresson stwierdził, że dopiero kino dźwiękowe odkryło ciszę i temu stwierdzeniu trudno odmówić racji. Umiejętne operowanie ciszą znakomicie uwypukla sąsiadujące z nią elementy. Daje czas na refleksję i wsłuchanie się we własne myśli. Cisza często towarzyszy scenom najbardziej dramatycznym i oddziałuje wielokrotnie mocniej niż intensywne dźwięki. Dla człowieka, groźne są dźwięki, których nie może rozpoznać, albo dosłyszeć, a więc boimy się braku dźwięku i niemożliwości określenia dzięki jego obecności gdzie jesteśmy.

To była sytuacja w jakiej znalazł się kardynał Stefan Wyszyński. Nie wiedział gdzie jest. Nie słyszał dźwięków opisujących okolicę (ruch uliczny, gwar, odgłosy przyrody). Nie wiedział, czy poza kilkoma osobami, z którymi ma kontakt, są gdzieś w okolicy jacyś ludzie. Był samotny, porzucony w pustce i ciszy. Tę ciszę wypracowywali koledzy przez resztę tygodnia, bardzo starając się zrezygnować, ze wszystkiego co tylko można, także z części muzyki, która działała uspakajająco, kleiła, wypełniała, chociaż obiektywnie, wcale spokojna i kojąca nie była.

Cisza jest trudnym dźwiękiem, ale dobrze wyeksponowana, jest dźwiękiem najcenniejszym

Tym razem też się takim okazała, a dźwięk do Prymasa. Trzy lata z tysiąca, został doceniony Orłem za 2000 r. jako najlepszy. Bardzo byliśmy z Nikodema dumni (tym bardziej, że i Pan Tadeusz miał Orła za dźwięk). Film dostał wiele nagród, chociaż nie te najcenniejsze. Na festiwalu w Gdyni bardzo liczyliśmy na więcej, ale i tak nagrody dostali Maja Ostaszewska i Andrzej Seweryn. Był tak wzruszony, że nie umiał powiedzieć, co jest namalowane na obrazie, który mu wręczono. Nominacji do Orłów było ponad 10.

W nowej sali zgraniowej pracowało się spokojnie i komfortowo. Czesi postanowili nie kupować Maserati (tak zrobiło WFDiF), a zadowolili się dobrze wyposażoną Toyotą. W ten sposób remont zrobili taniej i szybciej. Sala miała znakomitą akustykę i bardzo ładny wystrój. Uniknięto wieloletniej prowizorki i dano poczucie stabilizacji. Postawiono stół mikserski Soundcraft z pełną automatyką i komputerem, który zapamiętywał wszelkie operacje w trakcie zgrania. Kupiono sprawdzone odsłuchy Genelec.

Wykorzystano wyremontowane projektory, a zamiast wykosztować się na DASH, do zapisu zgrań zakupiono cyfrowe ośmioślady DA 88. Obecnie w wielu studiach (Toya w Łodzi, Dreamsound w Warszawie, a także w wszystkich pięciu studiach i montażowniach w Barrandovie) zamiast stołów mikserskich, wykorzystuje się sterowniki Protoolsa, a pojemność dysków umożliwia zapis zgrania bezpośrednio na nich. Także projektory na taśmę filmową zastąpiono przystosowanymi do obrazu elektronicznego.

Przygotowano porządne zaplecze biurowe (dwa biurka i komputery) i socjalne (lodówka, kuchenka mikrofalowa, ekspres do kawy, czajnik, woda, naczynia) stół i krzesła, a także kanapy i fotele. Wszystko z Ikea, ale dobrane kolorystycznie i sensownie rozmieszczone. Czysto, schludnie i przestrzennie. W lecie zrobiono też patio, w którym chętnie spędzaliśmy czas przy zgraniu Chopin. Pragnienie miłości (reż. Jerzy Antczak, 2002). Czesi okazali się konkurencyjni dla Wiednia, Berlina czy Paryża, przy projektach skromniejszych, ale jednak międzynarodowych.

W krótkim czasie w Pradze działały cztery studia zgraniowe w systemie Dolby Digital (nie licząc innych, w których powstawały efekty synchroniczne nagrania dialogów i dubbingi, bo Czesi dubbingują wszystko) i miały pracy tak dużo, że pojawił się czeski konsultant Dolby (Paweł Stverák), a w czasie, gdy myśmy dopiero startowali, mieli już spory dorobek i doświadczenie. W podobny sposób przygotowano budynek dźwięku w Łodzi, ale dopiero wtedy, gdy kupiła go Toya.